Stwórz własną stronę WWW   GejMED   Rejestracja Zaloguj się  




Dokument

TOŻSAMOŚĆ MĘŻCZYZNY

"Poczułam potrzebę zmierzenia się z pytaniem: "Kim jest mężczyzna? Co nadaje mężczyznom ich specyficzny charakter?". W 1986r. rozpoczęłam ze studentami Politechniki moje pierwsze seminarium na temat męskiej tożsamości. Początek był dość okropny. Nie wiedziałam, dokąd zmierzam. Pod koniec pierwszego seminarium jeden ze studentów powiedział: "Wygrała! Sam już nie wiem, kim jestem..."". 
Elisabeth Badinter w wywiadzie dla Elle.

 Kim jest mężczyzna?

XY to para chromosomów determinująca mężczyznę (podobnie jak para XX - kobietę). Jeżeli nie zajdzie żadne zakłócenie, to oba te chromosomy urucha miają działanie mechanizmów różnicowania płciowego, powodującego to, że mężczyzna nie jest kobietą. XY jest podstawowym, ale bynajmniej nie wystarczającym warunkiem, określającym człowieka płci męskiej. Są osoby XY, fizycznie normalne, które nie uznają swojej męskiej tożsamości, i inne, które mają ją wbrew anomaliom genetycznym. Określanie się mężczyzny przebiega pod wpływem czynników psychologicznych, spo łecznych i kulturowych, które nie mają nic wspólnego z genetyką, ale są co najmniej równie -jeśli nie bardziej - ważne. Od genetycznego zapisu XY do poczucia męskiej tożsamości, które stanowi uwieńczenie rozwoju mężczyzny, droga jest długa i usiana przeszkodami. Wbrew potocznym sądom jest ona dłuższa i trudniejsza od analogicznej drogi kobiety.

Jeszcze niedawno to kobieta była „niezbadanym lądem" ludzkości, nikt zaś nie myślał o zadawaniu pytań dotyczących natury mężczyzny. Wydawało się, że męskość jest czymś oczywistym, jasnym, naturalnym i przeciwnym kobie cości. Ostatnie trzydziestolecie zakwestionowało tysiącletnie tradycje. W cza sach, kiedy kobiety postanowiły określić się na nowo, mężczyznom nie pozostało nic innego, jak uczynić to samo. Kryterium genetyczne XY pozos tało, ale męska tożsamość nie jest już tym, czym była niegdyś, co dowodzi, że nigdy nie była czymś monolitycznym.

Na czym polega istota ludzkiego samca? Odruchowo wierzymy w odwieczność męskości, nie bacząc na uwagę Jana Jakuba Rousseau: „Samiec jest samcem tylko w niektórych momentach, samica jest samicą całe swoje życie, a przynajmniej za młodu" (Emil). Niezbyt skłonni do zastanawiania się nad niepewną rzeczywistością, chcemy wierzyć w uni wersalną, stałą, niezmienną w czasie, przestrzeni i niezależną od wieku zasadę męskości. Jest to przecież jedno z podstawowych praw przyrody: natychmiast po urodzeniu można przypisać dziecku jego płeć. Jeżeli pozostaje jakaś wątpliwość, to genetyka wyręcza zawodną anatomię.

Jednak te ciągle powtarzane oczywistości nie mogą powstrzymać nas od zadawania sobie pytań. Język potoczny zdradza nasze wątpliwości i niepokój, każąc mówić o męskości jak o celu i obowiązku. O byciu mężczyzną mówi się chętniej w trybie rozkazującym niż oznajmującym. Tak często słyszany nakaz: „bądź mężczyzną" implikuje, że nie wynika to wcale samo z siebie, a męskość nie jest aż tak naturalna, jak zwykło się uważać. Upomnienie to świadczy, że samo posiadanie chromosomu Y i męskich organów płciowych nie wystarcza do bycia ludzkim samcem. Spełnianie roli mężczyzny zakłada wykonanie pewnej pracy, wysiłku, jakich nie wymaga się od kobiety. Rzadziej słyszymy: „Bądź kobietą!" jako przywołanie do porządku, podczas gdy analogiczne napominanie chłopców, a nawet dorosłych mężczyzn, w więk szości społeczeństw jest bardzo częste (pisze o tym David D. Gilmore w książ ce Manhood in the Making}. Nieświadomie więc zakłada się, iż kobiecość jest stanem naturalnym, zastanym i nieuniknionym, podczas gdy męskość jest czymś, co trzeba zdobywać w trudzie i ciągle udowadniać. Zarówno sam mężczyzna, jak i jego otoczenie są w gruncie rzeczy tak mało pewni jego tożsamości płciowej, że stale wymaga się od niego dowodów męskości. „Udowodnij, że jesteś mężczyzną" - to nieustające wyzwanie wobec istot męskich. Demonstrowanie dowodów wymaga przejścia przez próby, których kobieta nie doświadcza. Dzień pierwszej miesiączki przychodzi zgodnie z pra wami natury i oto dziewczynka ogłaszana jest kobietą raz na zawsze. W cy wilizacji zachodniej w przypadku chłopców nie ma takiego momentu, choć do dziś nie zanikła owa tradycyjna potrzeba udowadniania męskości. Ale też sprzeczność pomiędzy koniecznością demonstrowania swej przynależności płciowej a zarazem brakiem pewnych i definitywnych jej kryteriów i dowo dów nigdy nie była tak duża jak obecnie.

Zamieszanie dochodzi do szczytu, kiedy to w języku potocznym chętnie mówi się o prawdziwym mężczyźnie, mając na myśli mężczyznę męskiego, samczego. Czy znaczy to, że niektórzy ludzie mają tylko wygląd mężczyzny, podczas gdy w istocie są fałszywymi mężczyznami? Niektórzy skarżą się dzisiaj na brak kobiecości u kobiet, mimo to kobiety rzadko wyrażają wątpli wości co do swojej tożsamości. Odwrotnie niż mężczyźni, którzy często sami nadają sobie różnicującą etykietę: prawdziwy. Skrycie zaś zadają sobie pyta­nie, czy aby zasługują na to wyróżnienie.

Obowiązek, dowody, próby - to słowa, które sugerują, że by stać się mężczyzną, należy wykonać jakieś zadanie. W tej koncepcji męskość nie jest dana, musi dopiero zostać wytworzona, niejako wyprodukowana, by nie rzec - „sfabrykowana". Mężczyzna jest tu swego rodzaju artefaktem i jako taki zawsze ryzykuje, że jego słabości zostaną zdemaskowane. Ot, wada produk cyjna, niewydolność męskiej maszynerii, krótko mówiąc -mężczyzna wybra kowany. Przedsięwzięcie „bycia mężczyzną" staje się tak niepewne, że suk ces, jeśli następuje, zasługuje na wyraziste podkreślenie. Jak mówi Pierre Bourdieu w swym artykule o męskiej dominacji; „Aby mężczyznę pochwalić, wystarczy stwierdzić: to jest mężczyzna". Taka jest formuła męskiegoillusio. Bourdieu podkreśla patetyczny wysiłek dążenia do osiągnięcia ideału męskie go i cierpienie, powodowane tym, że się nim nie jest. (…)

Kryzys męskości na przełomie XIX i XX wieku

Ten kryzys dotyczył zarówno krajów Europy, jak i Stanów Zjednoczonych Ameryki, Wszystkie te kraje przeżywały wówczas podobny przewrót gospo darczy i społeczny, wywołany rozwojem przemysłu i demokracji. Życie męż czyzn uległo zmianom, znowu dały się słyszeć roszczenia kobiet, budzące męski niepokój. Przyjął on jednak różne formy, zależnie od tego, czy działo się to we Francji, w Austrii, czy w Stanach Zjednoczonych - zależnie od ich historii i kultury.

Tym przełomem we Francji pierwsza zajęła się Annelise Maugue. W ciągu paru pokoleń w latach 1871-1914 pojawia się tam nowy typ kobiety, zagra żający granicom wyznaczonym pomiędzy płciami. Dzięki ideologii republi kańskiej nauczanie dziewcząt staje się faktem. Otwierają się przed nimi uniwersytety. Kobiety zostają profesorami, doktorami, adwokatami czy dzien nikarkami. Domagają się pełnych praw obywatelskich, chcą zarabiać na swe utrzymanie poza domem i mówią już: „Ta sama płaca za tę samą pracę". Większość mężczyzn wrogo reaguje na ruch emancypacji kobiet. Nie tylko tradycyjni katolicy czy działacze robotniczy, którzy boją się konkurencyjnej siły roboczej, ale również tak zdeklarowani republikanie, jak Anatol France czy Emil Zola. Wszyscy oni: „odnoszą wrażenie, że są świadkami niezwykłej ewolucji, lecz raczej prawdziwej rewolucji"(A. Maugue, L 'Eve nouvelle et le vieil Adam, w: Histoire defemmes). Na każdym szczeblu drabiny społecznej czują się zagrożeni w swojej tożsamości przez to nowe stworzenie, które chce robić to co oni i być takie jak oni. Zadają sobie wręcz pytanie, czy nie będą aby musieli „wykonywać kobiecych obowiązków, czyli, o zgrozo, stać się kobietami!"

Strach mężczyzn przed upodobnieniem płci nie występuje u kobiet. Dla mężczyzn to „śmiertelna pułapka", która spowoduje upadek ich znaczenia. W ich imieniu Barbey d'Aurevilly wygłasza ponurą przepowiednię: „Które goś dnia Marie d'Agoult zasiądzie w Akademii Nauk Moralnych i Politycz nych, George Sand w Akademii Francuskiej, Rosa Bonheur w Akademii S/luk Pięknych, a my, mężczyźni, będziemy robić konfitury i pikle". (LesBas hieus, 1878). Albert Cim i Octave Mirbeau obawiają się, że nie tylko przyjdzie im smażyć konfitury, ale także „karmić piersią". Mężczyzna czuje się zagro żony w swej władzy, tożsamości i życiu codziennym. Jego obawy nie były zasadne, gdyż kobiety tamtych czasów nie odrzucały ani instytucji rodziny, ani macierzyństwa, ani wiążącego się z tym poświęcenia. Lecz „Ani postępo wanie, ani słowa (uspokajające) kobiet nie są w stanie zmniejszyć niepokoju mężczyzn. Dialogu dwóch płci nie udaje się nawiązać aż do roku 1914". (A. Maugue).

Ówczesny lęk mężczyzn przed Nową Ewą ma jeszcze inne źródła. Coraz więcej z nich pracuje w fabrykach, wykonując powtarzające się czynności mechaniczne, lub w nużącej monotonnym rytmem machinie administracji, co nie pozwala im na podkreślanie ich tradycyjnych męskich przymiotów. Ani siła, ani inicjatywa, ani wyobraźnia nie są już potrzebne, by zarobić na życie.

Kryzys męskości osiągnął swój szczyt. To niestety wojna położyła chwilowy kres męskim obawom. Odkrywając na nowo tradycyjną rolę wojownika, biedni, młodzi rekruci jadą na front z kwiatami w lufach karabi nów, jakby się cieszyli z możliwości stania się w końcu prawdziwymi męż czyznami.

Obsesyjnie nienawidzący kobiet Otto Weininger ze smutkiem stwierdza: „Są epoki, w których rodzi się więcej męskich kobiet i kobiecych mężczyzn. Tak właśnie dzieje się dzisiaj. Roz szerzenie dandyzmu i homoseksualizmu w ostatnich latach można wytłuma czyć tylko ogólną feminizacją." (Sex und Charakter,1903). Karl Kraus oskarża współczesny kult dwupłciowości, kult niezdecydowania, pomieszania kategorii i lubowania się w „formach pośrednich". Pojęcie biseksualizmu, wprowadzone przez Freuda i podjęte przez Weiningera, zmusza mężczyzn do wzięcia pod uwagę przyrodzonej im i tkwiącej w nich kobiecości. Większość z nich zdaje sobie sprawę z tego, że męskości nigdy nie można posiąść do końca.

Strach przed kobietą to jeden z dominujących tematów literatury niemiec kojęzycznej, szczególnie zaś dzieł Otto Weiningera. Nienawidzący kobiet Weininger dobrze wie, że kobiecość, bez przerwy zagrażająca idealnej męs kości, tkwi w nim samym.

Proponowane środki zaradcze są bardzo różne. Większość mężczyzn, na wzór Nietzschego i Weiningera, opowiada się za powrotem do zdrowego podziału ról. Żeby mężczyźni mogli odnaleźć własną męskość, kobiety muszą najpierw wrócić na właściwe im miejsce. Tylko ponowne ustalenie granic płciowych uwolni mężczyzn od niepokoju. Późniejsze zmasowane odrzucenie dwupłciowości dokona reszty. Taki sens ma słynne dziś sformułowanie Al freda Adlera: „męski sprzeciw". Z drugiej strony, na marginesie są ci, którzy -jak Georg Groddeck (1923) czy Otto Gross - wzywają mężczyzn do pozbycia się sztucznej, przytłaczającej męskości i odnalezienia pierwotnej kobiecości. Nikt ich jednak nie słucha.

Lęk związany z tożsamością, silniejszy wśród mężczyzn austro-niemieckich niż francuskich, ma swój udział w powstaniu nazizmu i ogólnie faszyzmu europejskiego. Dojście Hitlera do władzy w podświadomości odczuwane było jako obietnica odnowy męskości.

Klaus Theweleit wykazał niedawno, że „nadmęskość" nazistowskich bo haterów ukrywała w istocie kruchość ich osobowości i poważne problemy seksualne. Choć wirus faszyzmu nie oszczędził Francji, w przeciwieństwie do Włochów i Niemców, Francuzi „mieli obsesję odrzucenia i odłączenia" (A. Maugue), Inaczej niż Anglosasi, którzy opowiedzieli się za podziałem płci i ideałem nadmężczyzny, wybrali drogę porozumienia.

Wielki kryzys pojęcia męskości dotknął także Stany Zjednoczone. Wszyscy wiążą początek jasno wyrażonego strachu z „europeizacją", która była synonimem feminizacji kultury, a więc amerykań skiego mężczyzny-samca. Do początku naszego wieku męskość Amerykanów miała liczne możliwości manifestowania się. Podbój nowych terenów, pacyfikacje miejscowej ludności i rozwój miast połączony z szybkim wzrostem ekonomicznym i przemysłowym były powodem męskiego optymizmu co do możliwości awansu społecznego. Przed wojną secesyjną (1861-1865) 88% mężczyzn było farmerami, rzemieślnikami lub prowadziło własne interesy. W 1910 roku już tylko trzecia ich część żyła w ten sposób. Uprzemysłowienie zmusiło ich do wykonywania rutynowej, mechanicznej pracy najemnej, na której organizację i wyniki nie mieli wpływu.

Podobnie jak w Europie, tym zmianom ekonomicznym towarzyszyły zmia ny życia rodzinnego i uznawanych wartości, co dodatkowo budziło niepokój mężczyzn. Zmuszeni do pracy z dala od domu musieli zrezygnować z eduko wania swoich dzieci i pełnej odpowiedzialności za żony. Ojcostwo stało się „instytucją niedzielną" (P. G. Filene), a nowa męskość była identyfikowana z sukcesem symbolizowanym przez pieniądze. (…)

W przeciwieństwie do wielu Europejczyków, Amerykanie zajęli się raczej problemem feminizacji kultury niż samymi kobietami. Ostrzega się rodziców przed niebezpieczeństwem zbyt łagodnego wychowywania chłopców i karci matki, które osłabiają męskość, czyli „siłę żywotną" synów. Głosi się podział płci i zajęć. Bardzo popularne stają się futbol i baseball, a to prawdopodobnie dlatego, że: „Boisko do futbolu (sportu szczególnie brutalnego) jest jedynym miejscem, w którym męska przewaga jest niepodważalna" -jak notuje pe wien dziennikarz The Independent w 1909 roku. W tym samym celu rozwija się skauting, który stawia sobie za cel „ratowanie chłopców przed zgnilizną cywilizacji miejskiej" i wychowanie dzieci płci męskiej na prawdziwych mężczyzn. Kryzys psychiczny mężczyzn nie ulega jednak rozwiązaniu. W przeddzień pierwszej wojny światowej nadal nie znajdują oni odpowiedzi na dylematy współczesnej męskości. W literaturze pojawiają się nowi, fantastyczni bohaterowie. Wskrzesza się Dziki Zachód i wymyśla znaczącą postać kowboja, uosobienia męskości: „Brutalny, ale godny szacunku, nieugięty wojownik, wyposażony w falliczny rewolwer, broniący kobiet, ale nie dający się im udomowić". (P. G. Filene). Klasy średnie r/ucają się wręcz na te nowe książki, podobnie jak na serię o Tarzanie, wydawaną od 1912 roku przez Edgara Rice Burroughsa i sprzedaną w 36 milionach egzemplarzy! Mimo to większości mężczyzn nie udało się uspokoić lęków. Dopiero włączenie się Stanów Zjednoczonych do działań wojennych w 1917 roku stało się dla wielu z nich „testem męskości". Przekonani, że walczą o dobrą sprawę, mężczyźni mogli jednocześnie dać upust powstrzy mywanej agresji i udowodnić sobie w końcu, że są prawdziwymi samcami. Można się o tym przekonać, czytając jeden z ówczesnych listów Johna Dos Passosa: „Odczuwam nieustannie potrzebę upojenia wielkim bombardowa niem... Tu czuję się bardziej żywy niż kiedykolwiek..."

Tak oto szalejący na początku wieku kryzys męskości został chwilowo rozwiązany przez wojnę. Na silne dolegliwości - silna kuracja! Ale wojna tylko zatuszowała zasadnicze problemy, których nie umiano rozwiązać i które pojawiają sią dzisiaj z całą ostrością. Od czasu kataklizmu drugiej wojny światowej, kiedy to „nadmęskość" ukazała całą swoją patologię, wojna nie wydaje się już być lekarstwem na niedomagania męskości. I oto znów mamy do czynienia z problemem mężczyzny i żaden wykręt nam nie pomoże. Różne prądy feministyczne inicjują gwałtowną polemikę w obrębie nauk humanis tycznych. Ma ona dla wszystkich zasadnicze znaczenie, ponieważ ten punkt widzenia, który odniesie zwycięstwo, będzie miał wpływ na całą pedagogikę, na wzajemne stosunki płci, a także, w efekcie, na politykę.

By zaobserwować różnorodność modeli mężczyzny, nie jest konieczne podróżowanie po świecie. Nasze społeczeństwo samo dobrze nadaje się do takich obserwacji. Męskość różni się w nim zależnie od epoki, ale także od klasy społecznej, rasy i wieku mężczyzny.

Słynne powiedzenie Simone de Beauvoir; „Nie rodzimy się człowiekiem, stajemy się nim" - dotyczy także mężczyzny. Wydaje się, że acontrario zostało to udowodnione przez przypadki Wiktora z Ayeyron i Kaspara Hausera, dzikich dzieci, które w XIX wieku wyrosły z dala od kontaktu z ludźmi. To prawda, że obserwatorów tych dzieci niewiele interesowało zagadnienie tożsamości seksualnej. Problem ten jednak wyraźnie wystąpił w obu przypad kach. Kaspar Hauser chce nosić ubrania dziewczynki, bo uważa, że są ładniej sze. „Mówi mu się, że musi zostać mężczyzną; on bezwzględnie temu prze czy". Doktor Itard twierdzi, że Wictor, opętany przez silny popęd płciowy, nie wykazuje żadnych preferencji seksualnych. Jego żądza jest niezróżnicowana, co, jak powiada w 1801 r. poczciwy doktor, nie powinno zaskakiwać „u istoty, której wychowanie nie nauczyło odróżniania mężczyzny od kobiety." (Por. Lucien Malson, Les Enfants sauvages,1964).

Skoro męskości można uczyć się i budować ją, nie ulega wątpliwości, że może się ona zmieniać. W XVIII wieku mężczyzna godny tego miana mógł publicznie płakać i cierpieć na „wapory"; w końcu XIX wieku już tego nie mógł czynić - pod groźbą utraty męskiej godności. To, co zostało zbudowane, może więc zostać zburzone i znowu odbudowane. Najbardziej radykalni konstrukrywiści, zainspirowani przez Jacąuesa Derridę, zajmują się wyłącznie burzeniem. Chodzi im o to, by definitywnie zniszczyć dualizm rodzaju, a na­wet płci, opiera się on bowiem wyłącznie na ideologii, która dąży do ucisku jednego przez drugie. Myślą, że w ten sposób raz na zawsze pozbędą się problemu tożsamości płci (także w przypadku transseksualistów) i zbudują ustrój pełnej wolności.

Determinizm biologiczny, oparty na schemacie wiecznego samca, jest nie do pogodzenia z poglądami przeciwników, którzy spokojnie oświadczają, że „rodzaj męski nie istnieje". Odnosi się wrażenie, że męskość jest bardziej zagadkowa niż kiedykolwiek. Czyżby mężczyzna był rzeczywiście „pytaniem bez odpowiedzi?" Znakiem bez znaczenia? A przecież nie sposób zaprzeczyć, że istnieją dwie płci i że mężczyzna to nie kobieta! Poza nielicznymi wyjąt kami zawsze bez trudu odróżniamy jedno od drugiego. Pomimo że zróżnicowanie zachowań i archetypów męskości przeczy wyższości kryterium biolo gicznego, to jednak wielość męskości nie przeszkadza występowaniu wspólnych cech, a nawet sekretnego wspólnictwa. Właśnie na jego poszukiwanie teraz wyruszamy.

Trudności męskiej tożsamości

J. Money (J, Money, A. Ehrhardt, Mań and Woman,..) podkreśla, że łatwiej jest „stworzyć" kobietę niż mężczyznę. Rozwój mężczyzny to rzeczywiście via difflcilior. Od poczęcia XY do dorosłej męskości prowadzi wyboista i pełna przeszkód droga. Twierdzenie Spinozy: „każde określenie jest zaprze czeniem"(List do Jariga Jellesa, 1674) bardziej stosuje się do Niego niż do Niej. W roku 1959 psycholog amerykański, Ruth Hartley (Sex Role Pressu-res...), zauważyła, że mały chłopiec określa się przede wszystkim przez negację. „Mężczyźni uczą się zwykle, kim nie rnają być, aby być męskim, zanim nauczą się, kim być mogą. Wielu chłopców określa męskość po prostu: tym, co nie jest kobiece". Jest to spostrzeżenie tak wnikliwe i prawdziwe, iż można by powiedzieć, że już od chwili poczęcia męski embrion „walczy", by nie być żeńskim. Urodzone przez kobietę, kołysane w kobiecym brzuchu dziecko płci męskiej, w przeciwieństwie do dziecka płci żeńskiej, skazane jest na ciągłą dyferencjację przez większą część życia. Może istnieć tylko w opo zycji do matki, jej kobiecości i swojej kondycji biernego niemowlęcia. Żeby zaznaczyć swoją męską tożsamość, trzykrotnie będzie musiało przekonać siebie i innych, że nie jest po pierwsze - kobietą, po drugie - dzieckiem, po trzecie - homoseksualistą. Powoduje to rozpacz tych, którym nie udaje się dokonać tej potrójnej negacji. Dobrą ilustracją jest tu powieść autobiograficz na Edmunda White'a: A Boy's Own Story z 1982 roku. Bohater, który przez całe dzieciństwo nienawidził swojego homoseksualizmu, bardzo chciałby być „mężczyzną, dorosłym i heteroseksualistą", co jest dla niego synonimem opanowania, solidności i godności. Nie ma jednak żadnej z tych cech i musi zaakceptować wstyd, wynikający z tego, że chce, by się nim opiekowano jak dzieckiem.

Inna trudność właściwa męskości polega na tym, że jest ona u chłopców mniej stabilna i rodzi się później niż kobiecość dziewczynek. Długo wierzono, że jest ona naturalnym stanem pierwotnym. W rzeczywistości jest wtórna, trudno osiągalna i krucha. Z tego względu wszyscy zgadzają się obecnie ze zdaniem Helen Mayer Hacker: „Męskość jest zwykle ważniejsza dla mężczyzn niż kobiecość dla kobiet" (The New Burdens ofMasculinity, w: Mariage . md Family Living XIX, 1957, nr 3).

Poczynając od życia płodowego, samiec ma większe trudności z przeżyciem niż istota żeńska: „Wydaje się, że męski embrion, a następnie płód, jest delikatniejszy od żeńskiego. Sytuacja ta utrzymuje się w pierwszym roku życia, a większa śmiertelność mężczyzn obserwowana jest w ciągu całej ich egzystencji". (Jacąues Riffie, Le sexe et la mort, 1986). We Francji kobieta żyje dzisiaj średnio o osiem lat dłużej niż mężczyzna. Możliwe, że jedną z przyczyn słabości fizycznej mężczyzn jest zauważana od dwudziestu lat ich słabość psychiczna. Do momentu dojrzewania więcej zaburzeń psychicznych wystę puje u chłopców. Stanowią oni dwie trzecie pacjentów zarówno we Francji i w innych krajach Europy i Ameryki. W późniejszym okresie, o ile nie wystąpią zaburzenia psychiatryczne, różnica ta maleje albo nawet ulega od wróceniu.

Psychiatra amerykański, Leon Eisenberg (w artykule w pracy zbiorowej Le l'dit feminin, 1978) wysuwa kilka hipotez, by wyjaśnić taki rozkład występo wania schorzeń psychiatrycznych u dzieci. Po pierwsze, przyczyną jest tu słabość genetyczna, wynikająca z tego, że mężczyzna posiada tylko jeden chromosom X i dlatego wszystkie jego allele , także niekorzystne, „dochodzą do głosu". Z drugiej strony, dzięki chromosomowi Y, tylko męski płód poddawany jest działaniu hormonów maskulinizacyjnych. Psychoanalitycy wiedzą skądinąd, że perwersje występują przede wszystkim u mężczyzn. Fetyszyzm, transwestytyzm, transseksualizm w znacznej większości przypad ków dotyczą mężczyzn, „tak jakby natura miała większe trudności z wyróż nieniem tożsamości samca niż samicy" (J. Money, A. Ehrhardt, Mań and Woman..,).

Rozwój płodowy XY: nieustanna walka"

Różnicowanie płci, które powoduje, że embrion XY staje się w końcu dzieckiem zgłaszanym w Urzędzie Stanu Cywilnego jako chłopiec, odbywa się etapowo.

Ten łańcuch zdarzeń, który prowadzi do zróżnicowania płci, może być porównany do sztafety, w której każdy etap zależy od poprzedniego. Zobaczymy, że rozwój embrionu XY jest bardziej złożony, a więc także bardziej niepewny niż w przypadku XX.

Samiec XY posiada wszystkie geny występujące u samicy XX i dodatkowo dziedziczy geny chromosomu Y. W pewnym sensie samiec jest samicą z czymś dodatkowym. Znaczy to także, że samica jest podstawową płcią u wszystkich ssaków, czyli innymi słowy, że podstawowy program embrio nalny nastawiony jest na produkcję samic. Jedyną rolą Y jest zmiana sponta nicznej tendencji niezróżnicowanej gonady zarodkowej do tworzenia jajników i zmuszenie jej do wytworzenia jąder. Komórki jąder zaczynają wypełniać swoje funkcje, z których najważniejszą jest wytwarzanie hormonu męskiego -testosteronu. Płód XX, jeżeli stale poddawany jest działaniu wstrzykiwanego testosteronu, także wytwarza męskie cechy płciowe łącznie z prąciem, mimo że zamiast jąder ma jajniki. Jeżeli natomiast zawarty w chromosomie Y gen decydujący o powstaniu jąder zostanie wyłączony przez mutację lub przez nieobecność testosteronu, komórki XY tworzą jajniki zamiast jąder i płód rozwinie się jako samica.

Czterdzieści lat temu Alfred Jost badał rolę gruczołów płciowych, chirur gicznie kastrując nienarodzone króliki przed rozpoczęciem różnicowania płciowego (w 19 dniu 32-dniowej ciąży). Niezależnie od posiadanych chro mosomów, wszystkie wykastrowane płody rozwijały się jako samice. Wnio sek Josta był jednoznaczny: „Zarodkowe jądro musi u samca aktywnie przeciwstawić się powstawaniu struktur żeńskich. Samiec powstaje wbrew pierwotnej żeńskości embrionu. W trakcie rozwoju zostanie samcem wymaga nieustannej walki". Najmniejsze osłabienie funkcji jąder grozi, że płód będzie mniej lub bardziej żeński.

Przez pierwsze tygodnie embriony XX i XY są anatomicznie identyczne, wyposażone jednocześnie w gruczoły męskie i żeńskie. Płody męskie zaczy nają się różnicować około czterdziestego dnia, a żeńskie dopiero po dwóch miesiącach; tak jakby u samców podstawowe, żeńskie zaprogramowanie zostało pokrzyżowane we wczesnym stadium. „Obecność chromosomu Y narzuca szybką maskulinizację płodu, który w innym wypadku wytworzyłby jajniki". (A. Jost)

Wszystko to pozwala sądzić, że istnieją granice modelu alternatywnego "samiec lub samica". Poza tym, że embriony XX i XY do szóstego tygodnia są anatomicznie podobne, że kobiety mężczyźni mają te same hormony płciowe i tylko ich ilość jest inna, anomalie genetyczne powodują powstawa nie istot, których płeć i rodzaj trudno jest określić. Te ambiwalencje i dwuznaczności otwierają drzwi dalszym interpretacjom. Rzecznicy podo bieństwa płci mają argumenty, by udowodnić, że to, co łączy płcie jest znacznie ważniejsze od tego, co je dzieli (por. A. Fausto-Sterlig). Inni, opierając się na anomaliach, powodujących powstawanie męskich lub kobiecych pseudohermafrodytów, bronią tezy o wielości płci. Czy jednak na podstawie anomalii, zdarzającej się, zależnie od jej rodzaju, raz na 10 000 lub 30 000 urodzin, można wyciągać ogólne wnioski, lekceważąc generalną regułę? Oczywiście, dualizm płciowy nie jest wcale absolutny i o wiele mniej rady kalny, niż sądzimy. Jednak nawet osłabiony i względny, pozostaje stałą cechą ludzkości. Tym bardziej, że wszyscy mamy niepowstrzymaną skłonność umocnienia go od samych narodzin dziecka.

Spojrzenie rodziców

W najbardziej prawdopodobnym przypadku, gdy przypisanie płci po uro dzeniu jest sprawą oczywistą, dziecko zgłoszone w Urzędzie Stanu Cywilnego jako chłopiec lub dziewczynka jest od razu postrzegane jako takie przez rodziców i otoczenie. Przekonanie rodziców o rodzaju płci ich dziecka ma zasadnicze znaczenie dla rozwoju jego tożsamości płciowej. Spojrzenie rodzi ców jest wręcz najważniejsze, co zobaczymy na przykładach hermafrodytów. U ludzi istnieje niepohamowana skłonność do apriorycznego nadawania „ety kietek" seksualności innym, szczególnie małym dzieciom, z czego wypływa różne wobec nich postępowanie zależne od płci dziecka.

Dwadzieścia cztery godziny po urodzeniu się dziecka, Zella Luria i Jeffrey Rubin (por. Z. Luria, Genre et etiguetage w: Le Faitfeminin) pytali rodziców o wrażenia na jego temat. Ojcowie widzieli dziecko tylko przez szybę, matki trzymały je dotychczas jeden tylko raz w ramionach. Dzieci, chłopcy i dziew czynki, mierzyły i ważyły tyle samo, były normalne i urodzone w odpowied nim czasie. Wyniki wywiadów z rodzicami są wymowne. „Rodzice częściej używali słowa »duźy« w odniesieniu do synów, a»ładna, urocza, czarująca« do córek... Dziewczynki miały »delikatne rysy«, chłopcy »wyraźne rysy«, małe dziewczynki były »malutkie«, mali chłopcy tego samego wzrostu byli »duzi«. Rodzice starają się ustereotypowić swoje dzieci, a wszystkie ankiety wskazują, że tendencja ta jest silniejsza u ojca".

Wszystkie te badania pokazują wagę znaczenia obrazu dziecka w oczach otoczenia. Zaraz po jego narodzeniu, poprzez gesty, głos, wybór zabawek i ubrania uczymy je, do której płci przynależy. Zdajemy sobie sprawę z tego wpływu dopiero wtedy, gdy płeć dziecka zaczyna stwarzać problemy. Gdy zewnętrzne organy płciowe od urodzenia nie mają wyraźnego charak teru (o takich przypadkach patrz; S. J. Kessler), rodzice powinni odłożyć rejestrację do momentu uzyskania wyników dokładniejszych badań. Jeżeli dziecko ma chromosomy XX, leczenie chirurgiczne można rozpocząć wcześ nie, ale gdy są one typu XY, trzeba zaczekać. Badania konieczne do postawie nia diagnozy mogą potrwać parę miesięcy. Lekarze nieustannie proszą rodzi ców, by traktowali swoje dziecko tak, jakby było rodzaju nijakiego, by uniknąć konieczności zmiany postępowania wobec niego po ewentualnym odkryciu błędu. Doświadczenie pokazuje, że mimo iż we Francji rodzice mogą wybrać neutralne imię, jak Dommiąue czy Claude, to nie są oni w stanie zbyt długo znieść niepewności. Podobnie jest zresztą z lekarzami, którzy zajmują się dzieckiem. W końcu dziecko o niewyjaśnionej płci bardzo często będzie w końcu tej płci, którą wybiorą rodzice.

Ciało jest źródłem pierwotnej tożsamości, a płeć staje się szybko bardzo ważna. Jednak są chłopcy, którzy osiągnęli tożsamość płciową pomimo braku penisa, zupełnie tak jakby inne siły (biologiczne i zachowanie rodziców) zastępowały brakujący organ. Występuje także przypadek przeciwny, gdy biologicznie normalny chłopiec od najmłodszych lat czuje się dziewczynką. Ten bardzo rzadki przypadek transseksualizmu dotyka chłopców prawie czte ry razy częściej niż dziewczynki. Robert Stoller (Recherches sur 1'identite sexuelle)badał szczególne przypadki bardzo młodych chłopców, którzy od drugiego, trzeciego roku życia czują się dziewczynkami. Wszyscy oni identy fikują się z kobietami, mają kobiecy sposób bycia, kobiece zainteresowania i fantazje. Rozwój ich transwestytyzmu i kobiecego zachowania ograniczany jest tylko przez rodzinę, która pozwala lub nie, by dziecko zachowywało się jak kobieta. Chłopcy ci tak zaskakująco szybko uczą się damskich zachowań, że wydają się one prawie naturalne. U niektórych występują one w sposób widoczny przed ukończeniem pierwszego roku życia. Wszystkie te dzieci mają bardzo szczególny kontekst rodzicielski: matka biseksualna, zewnętrznie kobieca, seksualnie neutralna, skłonna do depresji, obojętna wobec seksu i wobec ojca dziecka, z głębokim poczuciem niepewności; ojciec nieobecny fizycznie i emocjonalnie, który nie protestuje, widząc, że jego syn przebiera się za dziewczynkę i przyswaja sobie jej zachowania.

Co doprowadza tych chłopców do utrzymywania, wbrew anatomii, że są dziewczynkami? Zdaniem Stollera chodzi tutaj o przesadne identyfikowanie się z matką, która nie jest w stanie pozwolić synowi oddzielić się od jej ciała. Tuląc go do siebie przez cały dzień, powoduje zatarcie granicy własnego ja. Skrajna symbioza trwająca przez wiele lat odsuwa od dziecka wszelkie napię cia i konflikty, potrzebne w rozwoju psychoseksualnym, takie jak: strach przed kastracją, fantazje falliczne czy neurotyczne reakcje obronne. Psycho tyczny, opierający się wszelkiemu leczeniu psychoanalitycznemu, „dziwny wybryk natury" -dorosły transseksualista chce zmienić płeć, by być w zgodzie z samym sobą. Są to przypadki rzadkie (we Francji kilkaset osób), ale ich zasługą jest to, że zmuszają nas do pytania o kryteria definiowania płci. Która z czterech płci (genetyczna, gonadowa, cielesna czy psychiczna) określa człowieka w przypadku anomalii? Na razie nie wiadomo.

Nie wystarczy być XY i mieć funkcjonujący penis, by czuć się mężczyzną. Można także uważać się za mężczyznę pomimo różnych anomalii i zaburzeń. Dla olbrzymiej większości pierwszy i fundamentalny etap różnicowania męs kości zaczyna się od chromosomów XY, a kończy na decyzji rodziców. Zgodnie z powiedzeniem A. Josta płód musiał „walczyć", by nie poddać się programowi rozwoju żeńskiego. Ta czysto biologiczna walka jest niczym w porównaniu z tą, którą chłopiec będzie musiał przez długie lata, od samego urodzenia, prowadzić, by zostać mężczyzną.

Powstawanie mężczyzny

formowanie samca jest w sposób naturalny, uniwersalny i konieczny pod porządkowane miejscu jego narodzenia - czyli matce. To, że chłopiec żywiony jest zarówno fizycznie, jak i psychicznie przez osobę płci prze ciwnej, określa jego los w sposób bardziej złożony i dramatyczny niż los dziewczynki. Tym bardziej, że patriarchat, który zdominował świat przez tysiąclecia, na radykalnej różnicy ról i tożsamości płci opierał swój system wartości.

Wedle tego schematu dziecko płci męskiej jest jego zaprzeczeniem. Począt kowo żeńskie, zmuszone jest do porzucenia swej pierwszej roli, by przyjąć inną, która jest jej przeciwna, wręcz wroga. To narzucone zerwanie jest równocześnie pożądanym celem...

Para matka-syn, czyli duet miłosny

Pierwotne połączenie

W ciągu dziewięciu miesięcy życia płodowego dziecko i matka stanowią jedność. Od dawna wiadomo, że prawidłowy rozwój płodu zależy od zdrowia matki. Odbijają się na nim jej depresje i silne emocje. Nadal nie wiadomo jednak, do jakiego stopnia ta „prehistoria" ma wpływ na dalsze życie dziecka. Czy niezakończony rozwój neurologiczny pozwala mówić o pewnego rodzaju pamięci tamtych „czasów jaskiniowych"? Czy dziewięć miesięcy spędzonych w łonie matki nie zostawia trwałego śladu żeńskości na dziecku, które ma się urodzić?

Część psychologów przyjęła pojęcie śladu - pochodzące z etologii - by opisać wpływ matki na dziecko i jego przywiązanie do niej (por. J. Bowlby; P. H. Gray). W pierwszych tygodniach po porodzie ta symbioza matka-dziecko utrzymuje się w stopniu, na jaki pozwala życie poza macicą. W ciągu pierwszych miesięcy dziecko, całkowicie zależne od matki, oddziela się od niej bardzo powoli.,, W tym okresie zakorzenia się najsilniejsza i najpełniejsza miłość, jaką dane jest poznać istocie ludzkiej" (Freud, AbriJS der Psychoana-lyse, 1938). Stosunek do matki jest „jedyny, nieporównywalny, niezmienny; dla obu płci staje się ona obiektem pierwszej i najsilniejszej miłości, proto typem wszystkich późniejszych stosunków miłosnych" (Freud, j.w.). Matka nie ogranicza się do karmienia dziecka, opiekuje się nim i budzi w nim liczne doznania fizyczne.

To pełne uwielbienie dziecka dla matki było tysiące razy sławione przede wszystkim przez pisarzy płci męskiej. Matczyna miłość może być przeżywana przez małego chłopca jako „nośnik szczęścia", ale także odczuwana jako zagrożenie, gdy nie satysfakcjonuje ona namiętności dziecka. Odpowiednia dawka tej miłości ma tym większe znaczenie, gdy chodzi o chłopca. Za dużo miłości może przeszkodzić mu, by stał się mężczyzną, ale za mało może z kolei doprowadzić go do choroby.

Po urodzeniu dziecko znajduje się w stanie pierwotnej pasywności, całko wicie zależne od tej, która go karmi. Już w 1923 roku Georg Groddeck zauważył, że „w czasie karmienia matka jest mężczyzną, który daje; dziecko kobietą, która otrzymuje". Ten pierwszy stosunek erotyczny nauczy dziecko nirwany wynikającej z pasywnej zależności i zostawi niezatarte ślady w psy chice dorosłego. Skutki tego doświadczenia dla chłopca i dziewczynki nie-są takie same. Dla dziewczynki jest ono podstawą utożsamiania się ze swoją własną płcią, a dla chłopca odwrotnością późniejszych ról. Aby stać się mężczyzną, będzie on musiał nauczyć się odróżniać siebie od matki i stłumić w sobie tę rozkoszną pasywność, dzięki której stanowili jedno. Więzy eroty czne matki i dziecka nie ograniczają się do zaspokojenia poprzez kontakt oralny z piersią. Matka, poprzez opiekę nad dzieckiem, budzi jego zmysło­wość, uczy przyjemności i uczy lubić swoje ciało. Stosunek dobrej matki do dziecka ma w sobie z natury rzeczy elementy kazirodztwa i pedofilii. Nikt się na to nie obrusza, ale wszyscy, także sama matka i syn, chcą o tym zapomnieć. W normalnych warunkach rozwój motoryczny i psychiczny dziecka pozwala na stopniową separację od matki. Kiedy jednak miłość macierzyńska jest zbyt silna, zbyt nagradzająca, dlaczego dziecko miałoby porzucać ten błogi stan?

W przeciwnym zaś przypadku, gdy ta miłość nie była wzajemna, dziecko spędzi resztę życia na bolesnym jej poszukiwaniu.

W naturze wszystkich ludzi leży rozpoczęcie życia w pasywnym stosunku miłosnym i odnalezienie w nim przyjemności potrzebnej do dalszego rozwo ju. Do dziś uważaliśmy, że jedynie matka powinna być uosobieniem miłości. Niewyobrażalne jest, by przestała nim być, lecz nie jest wcale pewne, że to stałe i bliskie obcowanie z synem ma dla niego tylko pozytywne skutki.

Pierwotna kobiecość chłopca

Przesiąknięty tym, co żeńskie, podczas swego życia płodowego, po porodzie utożsamiony z matką, mały samiec może się rozwijać tylko stając się zaprze czeniem tego, czym był na początku. Ta protokobiecość ludzkiego dziecka jest różnie oceniana przez różnych specjalistów. Dla jednych sprzyja ona rozwojowi dziewczynek upośledzając chłopców. Dla innych jest równie ko rzystna dla obu płci.

Pojęcie protokobiecości dziecka płci męskiej po raz pierwszy zostało użyte przez Roberta Stollera w odpowiedzi na teorię męskości wrodzonej Freuda. W ten sposób Stoller dokonał radykalnej rewolucji. Freud pierwotną dwu-płciowość ograniczał do prymatu męskości (w pierwszych dwóch latach życia dziecka). Amerykański psychiatra-psychoanalityk sugeruje przeciwnie, że ogranicza się ona do prymatu kobiecego.

Zdaniem Freuda, dla którego protokobiecość nie istnieje, mała dziewczynka ma więcej przeszkód do pokonania niż mały chłopiec. Freud sądził, że „męs kość stanowi pierwotny i naturalny modus identyfikacji rodzajowej dla obu płci, a wynika ona z pierwszego stosunku heteroseksualnego chłopca z matką lub stosunku homoseksualnego córki z matką". Stoller zarzuca Freudowi, że pominął najwcześniejszy okres życia, wynikający z fuzji czy symbiozy matki i dziecka. Ponieważ kobiety przyjmują swoją kobiecość w sposób pierwotny i niepodważalny, ich tożsamość jest silniej ugruntowana niż u mężczyzn. Identyfikacja przedwerbalna utwierdza ich kobiecość, podczas gdy u chłop ców staje się przeszkodą, którą trzeba pokonać.

Wszystkie dzieci muszą przejść przez te same etapy odłączenia i indywidu alizacji, ale mały chłopczyk napotyka trudności nieznane płci przeciwnej. Przeprowadzone przez Stollera badania transseksualistów pokazują niebez pieczeństwa związane z przesadną symbiozą syna i matki. „Im bardziej matka przedłuża symbiozę, normalną w pierwszych tygodniach i miesiącach, tym hardziej kobiecość może przenikać do jądra tożsamości [syna]". Stoller dodaje, że pewnie stąd bierze się obawa przed homoseksualizmem, znacznie silniejsza u mężczyzn niż u kobiet, a także „większość tego, co nazywamy męskością, czyli troska o to, by być niezależnym, twardym, okrutnym, poli gamicznym, mizogmicznym i perwersyjnym". Tylko wtedy, gdy chłopiec bez problemu może oddzielić się od kobiecości i „samiczości" swojej matki, będzie w stanie rozwinąć „tożsamość późniejszego rodzaju, którą nazywamy męskością. Ujrzy wtedy swoją matkę jako inny, heteroseksualny obiekt, którego będzie mógł pożądać" (Stoller, Faits et hypotheseś).

Można powiedzieć, że męskość jest wtórna i musi zostać wytworzona. Może być ona zagrożona przez pierwotny i głęboki związek z matką.

Podczas gdy homoseksualny związek matki z córką w pierwszych miesią cach może u córki wzmocnić poczucie tożsamości, mały chłopiec musi zrobić wszystko, by zniszczyć swe pierwotnie kobiece popędy. Zachowanie, które społeczeństwo określa jako męskie, polega na manewrach obronnych: obawie przed kobietami, obawie przed okazaniem kobiecości, choćby w formie czu łości, pasywności lub opieki nad innymi, i oczywiście obawie przed byciem pożądanym przez innego mężczyznę. Z tych obaw wynikają zdaniem Stollera zachowania zwykłego mężczyzny: „Być szorstkim, wojowniczym, bitnym, zwracać na siebie uwagę; źle traktować i uprzedmiotowiać kobiety; poszuki wać tylko przyjaźni mężczyzn, ale nienawidzieć homoseksualistów; wyrażać się ordynarnie; obmawiać zajęcia kobiet. „Pierwszym obowiązkiem mężczyz ny jest niebycie kobietą", (Stoller, Masculin oufeminin?)

Stoller uznaje pierwotną kobiecość za utrudnienie, za handicap. Psychologowie-kobiety (np. Miriam M. Johnson) widzą w niej dużą korzyść dla chłop ca. Symbioza z matką dobrze robi dzieciom niezależnie od płci, ponieważ jest podstawą uczuć opiekuńczych, czułości i przywiązania u przyszłych doros łych. Dzięki niej spotykamy się z zachowaniami pozytywnymi i ciepłymi, które stanowią element łagodzący późniejsze stosunki międzyludzkie. Jeśli dziecko ma nieszczęście mieć „zimną" matkę, w późniejszym dorosłym życiu nie będzie w stanie wyrazić swych podstawowych uczuć i często będzie żywić niewygasłą nienawiść do siebie i kobiet.

Margarete Mitscherlich idzie jeszcze dalej, utrzymując, że nasze społeczeń stwo wymaga od małego chłopca zbyt szybkiego oderwania się od matki i męskiego zachowania. To dzięki identyfikacji z karmicielką dzieci przezwy ciężają niepokoje i zmartwienia. Przejmują zachowania matki, która pociesza i łagodzi, i dzięki temu są w stanie przezwyciężyć nienawiść do młodszego rodzeństwa, względem którego zachowują się trochę jak ona. Phyllis Chesler określa chłopców zbyt szybko odłączonych od matki jako „istoty wykorze­nione". Wszystkie badaczki są zdania, że pierwotne powiązanie z matką jest warunkiem ludzkiej tożsamości samca, podstawą tego, co w nim człowiecze.

Jeżeli stosunki z matką nie układają się dobrze lub identyfikacja nie jest możliwa, dziecko będzie miało wielkie trudności, by zostać samcem.

Chłopiec w matczynym świecie

Okres trwania symbiozy matki z synem zmienia się zależnie od epoki i kultury. Im jest dłuższy, głębszy, oraz gdy jest źródłem wzajemnej przyjem ności, większe staje się prawdopodobieństwo feminizacji chłopca. „Efekt ten utrwali się, jeżeli ojciec nie przerwie tego związku swym jakościowo i iloś ciowo przeważającym oddziaływaniem na chłopca" (R. Stoller, Masculin ou fćminin?).

Nie dotyczy to naszych współczesnych społeczeństw przemysłowych. Ko biety zmieniły radykalnie sposób życia i ich symbioza z dziećmi została znacznie skrócona. To, że coraz więcej matek pracuje poza domem, ograniczyło ich możliwości karmienia piersią, a przez to skróciło okres zbliżenia dzieckiem. Poza koniecznością ekonomiczną, wpływ na to zjawisko ma jak się wydaje, także i to, że kobiety coraz mniej pragną przedłużania tego okresu.

W pewnym stopniu także i amerykański mumism, obserwowany od XIX wieku, jest rodzajem przedłużonego zespolenia z matką. Związek ciał zostaje zastąpiony ścisłym kontaktem z wszechmocną matką, powodującym liczne problemy. Pod nieobecność ojca „synów tłamsi opiekuńcza miłość matki" (Joe I. Dubbert). Daje się odczuć brak punktu odniesienia do identyfikacji, szczególnie wtedy, gdy obyczaj pozwala matce na przebieranie chłopca za dziewczynkę do szóstego roku jego życia, jak to miało miejsce na przykład w przypadku Franklina D. Roosevelta, lub gdy zapuszcza mu ona długie loki. Niektórzy chłopcy, np. Ernest Hemingway, który całe życie cierpiał na zabu rzenia tożsamości płciowej, nigdy się z tym nie uporał. Zdaniem biografa Hemingway a, Kennetha Lynna (Hemingway, 1990), matka pisarza, obdarzona silną, męską osobowością, przez wiele lat wyobrażała go sobie jako dziewczynkę. Nie tylko ubierała, czesała i traktowała małego Ernesta jak, ,bliżniaczkę" jego starszej siostry, ale od samego początku uzależniła go od siebie. Przez sześć miesięcy pozwalała mu spać w swoim łóżku, pieścić swoją twarz, ściskać i do woli żywić się mlekiem z jej obfitych piersi. „Jest zadowolony ze spania ze swoją mamą i ssie całą noc", notowała szczęśliwa w dzienniku. Mimo iż ojciec Hemingwaya był mężczyzną słabym, znerwicowanym i bez autorytetu, prawdopodobnie jego interwencji Ernest Hemingway zawdzięczał to, że nie uległ jednak w końcu ostatecznym zaburzeniom. Jako dziecko był silnie związany emocjonalnie z ojcem, ten zaś, chcąc utwierdzić syna w męs kości już w wieku trzech lat zabierał go na połowy i polowania. Ojciec przeszkodził katastrofie, ale nie był dość silny, by ostatecznie uwolnić syna od dominującego wpływu matki, której sam był „wykastrowaną" ofiarą. Aby oprzeć się wpływowi matki, Ernest Hemingway nie znalazł innego wyjścia, jak tylko ucieczkę i nienawiść. Zdaniem jego dobrego przyjaciela, JohnaDos Passosa, „jak nikt inny, prawdziwie nienawidził swojej matki". Przez całe życie owładnięty przez matkę i głęboką potrzebę kobiecości, jako dorosły nie nazywał jej nigdy inaczej jak: „Ta dziwka..".

Wiwisekcja, czyli konieczność zdradzenia matki

Istotą męskiej tożsamości (w przeciwieństwie do tożsamości kobiecej) jest etap oderwania od matczynej kobiecości, warunek sine qua non poczucia przynależności do grupy mężczyzn. Ich cechy wspólne i solidarność konstru owane są przez odsunięcie kobiet, a przede wszystkim pierwszej z nich -matki. Jedni mówią o zdradzie, inni - o symbolicznym morderstwie. Można by właściwie stwierdzić, że w pierwotnej hordzie, opisywanej przez Freuda, matkobójstwo poprzedziło ojcobójstwo.

Jak trafnie zauważył Hermann Burger, każdy mężczyzna staje przed nastę pującym problemem: „Z jednej strony aktywnie przeciwstawiać się matce, z drugiej -pasywnie cierpieć z jej powodu. Musimy ją zabić i umrzeć przez nią. Postępując tak, mężczyzna musi strzec się, by nie zranić swej kobiecej duszy". (Die kunstliche Mutter, 1982).

Ból rozstania

Nóż czy ostrze przypominają nie tylko o przecięciu pępowiny, które dotyczy wszystkich, ale także o drugim oddzieleniu od matczynej kobiecości, jakim jest obrzezanie. Dokonywane w parę dni po narodzeniu, w wieku trzech, czterech lat albo już w wieku młodzieńczym, zawsze ma na celu wzmocnienie męskości chłopca. Jako symboliczna kastracja zwróciło uwagę licznych psy choanalityków. Theodor Reik, Geza Roheim, Herman Numberg czy Bruno Bettelheim wykazali, że obrzezanie odrywa chłopca od matki i wprowadza go do społeczności mężczyzn. Poza tym zdecydowanie podkreśla znaczenie penisa.

Bettelheim podkreśla, że dla chłopców „pokazywanie żołędzi uwolnionej od napletka służy afirmacji męskości. Pod tym względem chłopiec obrzezany ma wyraźną przewagę -jego żołądź jest widoczna, co jest często uważane za oznakę potwierdzenia męskości". Numberg kładzie nacisk na fantazmat od rodzenia towarzyszący obrzezaniu. Dziecko obrzezane rodzi się ponownie bez napletka i w ten sposób staje się mężczyzną. Groddeck twierdzi, że obrzezanie u Żydów jest odepchnięciem biseksualizmu, tym, co różni ich od innych ludzi; „Napletek jest obcinany, by wyeliminować wszelką cechę kobiecą; napletek jest kobiecy, jest pochwą, w której ukryta jest męska żołędź. Żydzi obcinając napletek eliminują biseksualizm mężczyzny, odbierają temu, co męskie, ko biecy charakter. Przez obrzezanie rezygnują z przyrodzonego podobieństwa do Boga i stają się wyłącznie ludźmi".

Ta symboliczna rezygnacja z boskiego biseksualizmu jest także znakiem ludzkiej i męskiej skończoności. Obrzezanie, praktykowane w tradycji ży dowskiej ósmego dnia po urodzeniu, ma miejsce w momencie najsilniejszej symbiozy matki z synem. Niedawno narodzone dziecko jest jeszcze częścią ciała matki. Gdy mężczyźni zabierają dziecko, by je obrzezać, znaczy to dla matki, że chłopiec należy już do nich, a nie do niej. Obrzezanie rani jedno cześnie syna i matkę, która czuje, jakby to na niej dokonano amputacji. Ten podział „nożem" jest także symbolicznym odebraniem syna przez ojca i pier wszym aktem różnicowania płciowego.

Trzy pierwsze lata po urodzeniu - to czas konieczny, żeby chłopiec mógł oddzielić się psychicznie od matki. By tego dokonać, musi wzmocnić granice pomiędzy sobą a nią, „położyć kres ich pierwszej miłości i empatycznemu związkowi" (Carol Gilligan). Chłopiec musi rozwinąć męską tożsamość bez bliskiego i stałego związku z ojcem, symetrycznego do tego, który łączy córkę z matką. Nancy Chodorow stwierdza wThe Reproduction of Mothering (1978), że bez silnej identyfikacji z mężczyzną, „synkowie nieobecnych ojców (we współczesnych rodzinach) tworzą ideał męskości poprzez identyfikację z jej obrazami kulturowymi, wybierając jako modele sławnych ludzi". Dużą trudności jest brak efektywnego wsparcia przez model pozytywny. Stąd bierze się męska tożsamość bardziej negatywna niż pozytywna, która kładzie akcent na różnicowanie, dystans do innych i odrzucenie związków uczucio wych.

Silnie inspirowana pracami Chodorow, Lilian Rubin (Des Etrangers inti-mes) uważa, że męska agresywność wobec kobiet może być interpretowana jako reakcja na tę wczesną stratę i na poczucie zdrady, które jej towarzyszy. Pogarda dla kobiet bierze się z wymaganego przy odłączeniu wewnętrznego zerwania. Zdaniem Rubin, jest ona wynikiem strachu, a nie arogancji, „stra chu, który odczuwa dziecko, zmuszone do odepchnięcia obecności matki".

Męskość: reakcja i protest

Mężczyzna męski jest wcieleniem aktywności. W rzeczywistości jest ona jednak reakcją na pasywność i bezbronność noworodka. Zmonopolizowanie aktywności przez samców nie jest podyktowane koniecznością społeczną. Uwewnętrznienie norm męskości wymaga dodatkowego stłumienia pragnień pasywnych, a szczególnie potrzeby uczuć macierzyńskich. Męskość, w pier wszych latach budowana podświadomie, z biegiem lat wzmacnia się, by eksplodować w okresie dojrzewania. Jest to moment, w którym cierpienie i strach przed kobiecością i pasywnością stają się oczywiste. Większość mło dych ludzi walczy z tym wewnętrznym cierpieniem wzmacniając mury ob ronne męskości.

Strach przed pasywnością i kobiecością jest tym większy, że chodzi o naj silniejsze pragnienia, stłumione przez mężczyznę. Nieustanna walka nigdy nie zostanie definitywnie wygrana; bo jak można odrzucić wspomnienie Edenu? W realnym życiu mężczyźni opierają się chęci powrotu, może ona jednak ujawniać się i być otwarcie wyrażona w literaturze. Wielu powieściopisarzy wyraża tęsknotę za łonem matki. Christopher Frank w Le Reve du singefou(1976) porównuje dorosłych mężczyzn do małych Piotrusiów Panów, którzy nie chcą rosnąć. „Dorosły upiera się, by wejść przez małe drzwiczki, którymi wychodził będąc dzieckiem... przez ten otwór (seks matki), przez który przechodzimy tylko raz, w jednym kierunku". Podobne pragnienie wyraża Gunter Grass (Turbot, 1977). Mężczyźni są tylko małymi dziećmi, które marzą o matce z trzema piersiami: „Nawet trzęsący się starcy potrzebują codzienne go karmienia piersią... Przy piersi czują się syci, zadowoleni, bezpieczni. Nigdy nie muszą decydować... żyją wolni od odpowiedzialności". Podobne, ale tym razem stłumione pragnienie wyraża Hermann Burger, autor Sztucznej matki.

Aby pozwolić sobie na tego rodzaju marzenia o powrocie, należy w pew nym stopniu wyzwolić się ze swoich niepokojów. Być może także obecne przewartościowanie męskości i kobiecości rozluźniło węzeł stłumienia, który jeszcze dwadzieścia lat temu dusił mężczyznę. Nie wszyscy są jednak zdolni do tak krytycznego spojrzenia na samych siebie. Najdelikatniejsi i najbardziej cierpiący nie mogą utrzymać męskości i walczyć z potrzebą powrotu do matczynego łona inaczej, jak tylko przez nienawiść do seksu kobiety. Pamię tamy obrzydzenie Baudelaire'a: „worek... pełen ropy". Młody człowiek, który swój pierwszy stosunek płciowy ma ze starszą od siebie nauczycielką przypo minającą mu matkę, odczuwa to samo obrzydzenie dla narządów płciowych kobiety: „ciepły i lepki kanał... odruch wymiotny... czuje się wciągany... czuje się podle" (Mischka Assayas). Są to odczucia dzielone przez wielu młodych chłopców odkrywających akt płciowy, normalnie ustępujące wraz ze wzmac nianiem poczucia męskości.

Od dzieciństwa do dorosłości, a czasem przez całe życie, męskość jest bardziej odrzuceniem niż przystąpieniem. Chłopiec ustawia się w opozycji. Jego podświadomość mówi: nie jestem matką, nie jestem noworodkiem, nie jestem dziewczynką. Według Alfreda Adlera osiąganie męskości odbywa się na drodze męskiego protestu. Słowo protest wskazuje na budzące się wątpli wości. Będąc niewinni, by przekonać innych, głośno protestujemy, gdy zaistnieje jakieś podejrzenie wobec nas. Podobnie chłopiec (później mężczyzna) protestuje, ponieważ istnieje podejrzenie o kobiecość. Tym razem są to raczej jego własne wątpliwości niż wątpliwości innych. To siebie musi przekonać o swojej niewinności, czyli autentycznej męskości.

Protest ten adresowany jest przede wszystkim do matki: nie jestem nią, nie jestem taki jak ona, jestem przeciwko niej.

Zdradzić i zabić matkę

Oderwanie się od matki to dwa uzupełniające się wzajemnie zagadnienia: zdrada wobec ukochanej matki, nękająca Philipa Rotha, i uwolnienie od matczynego ucisku (matka zła, frustrująca i zbyt silna), które prześladuje szczególnie współczesnych pisarzy niemieckojęzycznych. Zależnie od obrazu matki rodzi się poczucie winy lub agresja.

Psychologowie często poruszają temat zdrady. Dorosły mężczyzna obawia się kobiet, pamiętając o matce, która stopniowo porzucała go i w końcu wy dała światu mężczyzn. Jest jednak jeszcze inny rodzaj zdrady, delikatnie zarysowany w całej twórczości Rotha: to zdrada matki przez syna. Nie można zostać mężczyzną, nie zdradzając matki, „nie zrywając więzów miłości swo jego dzieciństwa" (Moje życie mężczyzny). Roth mówi, że męskość to: „Po wiedzenie »nie« swojej matce po to, by móc powiedzieć »nie« innym kobietom". „Kompleks Pormoya" polega głównie na tym, że matka traktuje go jak „swego kochanka" i on o tym wie. Może jednak zachować ten tytuł tylko tak długo, jak długo będzie jej „maleństwem".

W rezultacie w wieku czterdziestu lat ledwie wiedział, do jakiej płci należy. Przypomina sobie, jak bardzo był przerażony, kiedy jedno z jego jąder nie opuściło się do dziewiątego roku życia. „A gdyby tak w dodatku zaczęły mi rosnąć piersi? Gdyby penis wysechł i złamał się w trakcie siusiania? Zmienił bym się w dziewczynkę". Dziewczynka i niemowlę - to dwie przeszkody, które chłopiec musi pokonać, by zostać mężczyzną. Jak tego dokonać, skoro matka grozi odebraniem miłości, a nawet kastracją? Ona, która nauczyła go siusiać na stojąco „łaskocząc jego ogonek... jej ręka na moim kutasie wyraża prawdopodobnie całą moją przyszłość!".

Poczucie winy ustępuje miejsca agresji i nienawiści. Roth też ich nie unika. Wściekle szarpie się z nie pozwalającą mu wydorośleć wszechwładzą matki. Zwyciężony, traci jądra. Jako dorosły, impotent i masochista, poddaje się wszystkim kochanym kobietom, „zachowuje się jak grzeczny, bezbronny chłopiec"(Moje życie mężczyzny).. Staje się „egomaniakalnym noworod kiem", który sprowadza wszystkie kobiety „do poziomu przedmiotów służą cych do masturbacji". Inni brutalniej wyrażają nienawiść i potrzebę matko-bójstwa. Giinter Grass w Turbocie mówi wprost, że zabójstwo matki jest aktem szczególnie męskim. Wydobywa ono mężczyznę z „prehistorii" matczynej piersi i poprzez śmierć daje mu życie.

Literatura jest bogata w oskarżenia matek. Autorzy-mężczyźni krzyczą głośno i płaczą. Michael Kriiger (Warum ich?) opisuje kompleks matki u męż czyzny naszych czasów. Mężczyzna-dziecko jest chory na przeklętą symbiozę z matką. Czuje się niczym, łachmanem bez tożsamości, pożeranym przez wszechwładną matkę i kobiety-katów. Peter Rosei (Mann und Weib) przywo łuje ze zgrozą obraz mężczyzny przestraszonego jak dziecko kobiety-bogini, samowystarczalnej i okrutnej. Nie mogąc jej zabić, fetyszyzuje ją, wybiera jej część, a odrzuca kobiecość w całości. Kobieta-bogini rzuca urok; nie pozwala synowi rosnąć i powoduje, że staje się on impotentem. Wizerunek wszech władnej matki i jej syna -wiecznego oseska -najlepiej odmalował norweski pisarz Knut Faldbakken. Tytułowy Bad Boy gardzi sobą, bo boi się nawet własnego cienia; jest bezbronny, apatyczny, bez tożsamości, masochistyczny., pasywny. Bohaterowie powieści Faldbakkena płaczą jak niemowlęta nad swoją impotencją i mają przygody homoseksualne. Tylko ciało innego męż czyzny może uspokoić mężczyznę-oseska, cierpiącego na głęboką depresję. Maskulinistyczna powieść, rozkwitająca na całym świecie, sprawiła, że upokarzająca i kastrująca matka stała się jednym z najczęstszych tematów literatury współczesnej. Ojców, jeżeli żyją, opisuje się jak cienie: uczuciowo nieobecni, żałosni, poniżani, pogardzani, niezdolni do wyrwania synów ze szponów kochających matek.

Dorośli mężczyźni muszą oderwać ich w najokrutniejszy sposób od matek, ponieważ te nie pozwalają synom doros nąć i stać się mężczyznami.

Żywotna potrzeba odróżnienia

W różnych społeczeństwach rozdział płci wygląda odmiennie. Dla zewnętrznego obserwatora różnice płci bywają silnie zaznaczone lub ledwie zauwa żalne (np. w naszych społeczeństwach czasami jest trudno odróżnić młodego mężczyznę od młodej kobiety), zróżnicowanie może dokonywać się z opóź nieniem (np. u mieszkańców Tahiti) lub przedwcześnie (np. społeczeństwa zachodnie przed 1900 rokiem) - ale podział płci jest rzeczą uniwersalną w kulturach ludzkich. Ludzie, przed mioty, pojęcia są powszechnie dzielone na samców i samice" (H. Devor, GenderBlending). Dzieci używają ich nie tylko po to, by zrozumieć świat, ale przede wszystkim, by zrozumieć siebie. Akt poznawczy zaczyna się od rozróżnienia i klasyfikacji, a przede wszystkim od stwierdzenia podstawowe go dualizmu: dziecko uczy się dzielić ludzi i rzeczy na dwie grupy, jedną podobną do niego, drugą odeń różną.

Drugą właściwością dzieci jest tendencja do definiowania bytu poprzez czynność. Na pytanie: kto to jest mężczyzna lub kobieta? -dziecko odpowiada zwykle wymieniając stereotypowe i przeciwstawne role i funkcje. Z tego po wodu, słuszna w odniesieniu do dorosłych, typowo amerykańska krytyka ról seksualnych (J. H. Pleck, The Myth of Masculinity) powinna być złagodzona ze względu na dzieci. Całkowicie normalne jest nauczanie wszystkich dzieci tego samego, ale równie konieczne jest pozostawienie każdemu możliwości wyrażania różnicy i przeciwieństwa. Tata i mama mogą być oboje urzędnika mi lub lekarzami, dzielić obowiązki domowe i rodzinne, a dziecko zawsze będzie odczuwać potrzebę znalezienia kryterium (choćby i wyimaginowane go) odróżniającego ich od siebie. Pomaga mu to odróżnić się od jednego i zidentyfikować z drugim.

Powszechny podział płciowy dzieci

We wszystkich społecznościach ludzkich dzieci w pewnym wieku dzielone są według płci. Zaczynają się dzielić mając dziesięć-dwanaście lat i do piętnastu-szesnastu lat grupa chłopców nie spotyka dziewcząt (R. Levy, Tahitians, 1973). Jest to tak ważny dla umocnienia tożsamości płciowej wiek przyjaźni „homoseksualnych". W społeczeństwach zachodnich podział ten dokonuje się znacznie wcześniej i na dłużej.

„Od przedszkola do dojrzałości płciowej dzieci grupuje się głównie według płci" -pisze Eleanor Maccoby. Maccoby i Jacklin (1987) w swych obszer nych badaniach stwierdziły, że mając cztery i pół roku dzieci spędzają w przedszkolu trzy razy więcej czasu bawiąc się z dziećmi tej samej płci. W dwa łata później stosunek ten ma się już jak jedenaście do jednego. Segregacja jest jeszcze wyraźniejsza w sytuacjach nie regulowanych przez dorosłych. Nawet jeżeli starają się oni zbliżyć obie płci, dzieci przeciwstawiają się temu. Pomiędzy szóstym a dwunastym rokiem życia chłopcy i dziewczyn ki unikają grup mieszanych. Jak zauważa Barry Thorne, dziecko okazujące zainteresowanie kolegą przeciwnej płci naraża się na drwiny rówieśników. Maccoby uważa, że to unikanie płci przeciwnej nie jest wynikiem wpływu dorosłych. Niezależnie od wysiłków szkoły, zmierzających do zwiększenia ilości wspólnych zabaw, efekt jest tylko chwilowy i dzieci zawsze powracają do stałego podziału.

Tendencja do wybierania na towarzysza zabaw osoby tej samej płci pojawia się bardzo wcześnie. Dziewczynki zwracają się ku innym dziewczynkom w wieku około dwóch lat, a chłopcy aktywnie poszukują partnerów zabaw tej samej płci mając około trzech lat. Maccoby i Jacklin zauważyły, że chłopcy są aktywniejsi w zabawie z innymi chłopcami niż z dziewczynkami. Począw szy od trzydziestego trzeciego miesiąca życia zmienia się styl zabaw i dzieci lepiej dostosowują się wzajemnie obrębie obrębie tej samej płci. Zabawy dziewczy nek nie są tak fizyczne i brutalne jak zabawy chłopców.

Podstawy podziału płciowego, zdaniem Maccoby i Jacklin, istnieją jeszcze przed pójściem dziecka do przedszkola czy szkoły. Pojawiają się one w mo mencie, w którym jest ono w stanie klasyfikować pod względem płci zarówno innych, jak i siebie. Różnice stwierdzone pomiędzy grupami chłopców i dziewczynek sprowadzają się do trzech aspektów; socjalizacji dziecka w za leżności od płci (rozpoczyna się ona od urodzenia, ale może się bardzo różnić zależnie od rodziny); czynników biologicznych i ciągle niejasnych czynników poznawczych (dzieci potrafią odróżniać chłopców od dziewczynek przed poznaniem różnicy w narządach płciowych).

Zjawisko to, obserwowane zawsze i wszędzie, powinno skłonić do ostroż ności badaczy odrzucających dualizm płciowy. Choć niewątpliwie pojęcie dualizmu było narzędziem w procesie zdominowania kobiety w patriarchacie, nie można jednak zaprzeczyć, że jest to podstawowe kryterium w uświado mieniu sobie przez dziecko jego tożsamości. Jego zanegowanie prowadziłoby do pomieszania płci, które nigdy nie sprzyjało pokojowi między mężczyznami i kobietami. Przyznanie dualizmowi statusu koniecznego etapu jest może jedyną drogą prowadzącą do późniejszego uznania wspólnego biseksualizmu, czyli podobieństwa płci.

Niszczycielski mit instynktu macierzyńskiego

Teoria instynktu macierzyńskiego twierdzi, że jedynie matka jest w stanie zająć się noworodkiem i dzieckiem, ponieważ jest tak zdeterminowana biolo gicznie. Para matka-dziecko miałaby być ideałem, którego nikt nie powinien zakłócać. W ten sposób doprowadzono do usprawiedliwienia wyłączenia z te go układu ojca i wzmocnienia symbiozy matki i syna, a także przedłużenia protokobiecości chłopca ze szkodą dla identyfikacji z ojcem. Żarliwymi ob rońcami tej teorii byli angielscy psychoanalitycy. Stworzyli oni obraz idealnej matki, całkowicie oddanej dziecku i mającej identyczne z nim interesy. Winnicott uznaje, że matka zastępcza lub jakakolwiek inna kobieta zdolne są do doświadczenia tej pozytywnej „choro by", jaką jest instynkt macierzyński. Tak, jakby wystarczyło być kobietą, żeby być macierzyńską!

Tylko jedna kategoria człowieka uznana jest za niezdolną do uczuć macie rzyńskich, a mianowicie mężczyzna, w szczególności ojciec. Winnicott nie tylko akceptuje myśl, że „niektórzy ojcowie nigdy nie interesują się własnymi dziećmi", lecz tak dalece uznaje przypadkowość i sporadyczność miłości ojcowskiej, że dodaje: „Jeżeli ojciec jest obecny i chce poznać swoje dziecko, to ma ono niezwykłe szczęście". Zdaniem większości klasycznych psychoa nalityków, ojciec nie może i nie powinien zastępować matki ani nawet dzielić się z nią zajęciami przy dziecku. Ma pozostawać zbiornikiem na ewentualną nienawiść dziecka, uosobieniem trudnej rzeczywistości, a matce zostawić przywilej i zadanie bycia wcieleniem przyjemności. Miłość ojcowska miałaby zatem szczególną cechę wyrażania się tylko na dystans. Pomiędzy ojcem a dzieckiem rozum jest koniecznym pośrednikiem, pozwalającym ów dystans

zachować. Przed ukończeniem przez dziecko pierwszego roku życia rola ojca zredukowana jest jedynie do zabaw. Ta koncepcja ojcostwa, całkowicie zgod na z tradycją patriarchalną, doprowadza do wzmocnienia więzów matka-dziecko, a w szczególności matka-syn. głosząc, że matka obdarzona jest podziwu godnym instynktem, uważano, że umie go regulować tak, by na każdym etapie rozwoju dawać dziecku odpowiednią „dozę" miłości. W pew nym momencie powinna zachęcać syna do zerwania wzajemnej symbiozy. Chętnie wierzono, że miłość matki, podobnie jak jej mleko, naturalnie przysto sowuje się do rozwojowych potrzeb dziecka.

Prawda jest zupełnie inna. Miłość macierzyńska jest nieskończenie złożona i niedoskonała. Daleka od instynktu, jest uwarunkowana tyloma czynnikami niezależnymi od „dobrej natury" i „dobrej woli" matki, że potrzeba cudu, by miłość ta była podobna do wyobrażenia opisanego powyżej. Zależy nie tylko od osobistych doświadczeń każdej kobiety (matki mogą być złe lub przeciętne bez względu na warunki historyczne), przebiegu ciąży, pragnienia posiadania dziecka, stosunku do ojca, ale także od czynników społecznych, kulturalnych, zawodowych itd.

Niewątpliwie istnieją także świetne matki, które dają dziecku to, czego naprawdę potrzebuje, by być szczęśliwe, nie stając się uzależnionym więź niem macierzyńskiej miłości i opiekuńczości. Z pewnością jest nieco kobiet, oszczędzających dzieciom nadmiaru frustracji i poczucia winy, które hamują jego rozwój. Są to jednak cudowne wyjątki (coś jak wielcy artyści), które tylko potwierdzają ogólną regułę. Gdy ludzi dorosłych pytamy o matkę, definiują ją prawie zawsze przez „zbyt" lub „nie dosyć". Zbyt obecna albo zbyt nieobecna; zbyt ciepła lub zbyt chłodna; zbyt kochająca lub zbyt obojętna; zbyt oddana lub zbyt egoistyczna itd. Jak zauważył Freud: zbyt dużo matki dla synów i za mało dla córek. Doskonałe macierzyństwo jest misją prawie niemożliwą do spełnienia, co dowodzi, że dziedziną tą bynajmniej nie rządzi instynkt. Tajemnica polega na „odpowiednim dystansie", który opisał Levi-Strauss jako konieczny dla uniknięcia rasizmu czy wojny. Ani zbyt bliska, ani zbyt daleka - dobra matka chroni wewnętrzny spokój swoich dzieci, a w szczególności syna. U niego właściwy dystans względem matki wpływa na poczucie męskiej tożsamości i przyszłe stosunki z kobietami.

Im bardziej matki wywierają presję na synów, tym bardziej boją się oni kobiet, unikają ich lub je prześladują. Zamiast oskarżać matki o „kastrowanie" i wychowywanie synów dyskryminujących kobiety (a w podtekście sugero wać, że kobiety same są winne nieszczęsnej kondycji ich płci), należy raczej zerwać z wyłącznością matki w opiece nad małym dzieckiem i przerwać to biedne koło. Dzisiaj wiemy, że jeżeli okoliczności tego wymagają, mężczyźni opiekują się dziećmi równie dobrze jak kobiety. Ojciec, jeżeli odwoła się do swojej kobiecości, jest równie wrażliwy, czuły i kompetentny jak matka (por B. J. Risman). Trzeba tylko, by matka, uwolniona od mitu instynktu, zgodziła się dzielić swą rolę z ojcem, i żeby on przestał się bać swej matczynej kobiecości. Wbrew naszym sądom nieobecność ojca w pierwszych pięciu latach życia syna ma większe konsekwencje niż w późniejszym jego dorastaniu.

„To mężczyzna tworzy mężczyznę"

T o zdanie z Metafizyki Arystotelesa dotyczyło rozmnażania rodzaju ludz kiego. Znaczyło ono, że mężczyzna przekazuje dziecku istotę człowie czeństwa. Dzisiaj można je odnieść do samego formowania się rodzaju męskiego.

Wiemy, że charakteryzujący płeć męską chromosom Y pochodzi od ojca. To właśnie on, dawca życia, lub inny mężczyzna (czy grupa mężczyzn) będący obrazem ojca, musi zakończyć proces męskiego różnicowania, pomóc dziecku zmienić na męską pierwotnie kobiecą tożsamość. W systemie patriarchalnym mężczyźni stosowali różne metody, by z młodego chłopca zrobić „prawdzi wego mężczyznę". Niezależnie od tego, czy chodzi o rytuały inicjacyjne, pedagogię homoseksualną czy konfrontację z równymi sobie, dowodzą one, że męska tożsamość zdobywana jest kosztem dużych trudności. Mają one zresztą trzy punkty wspólne.

Po pierwsze, chodzi o przekroczenie pewnego progu. Zbliżając się do wieku dojrzewania, chłopiec ma obowiązek oderwania się od swego nie zróżnicowa nego płciowo dzieciństwa. W większości społeczeństw stawanie się dorosłym mężczyzną stanowi problem. W przeciwieństwie do „kobiety, która jest, mężczyzna musi zostać zrobiony”. Innymi słowy, menstruacja, która otwiera możliwość posiadania dzieci, ugruntowuje kobiecą tożsamość. Jest to inicjacja naturalna, dzięki której dziewczynka staje się kobietą. U mężczyzny nato miast naturę musi zastąpić proces edukacyjny".

Drugim etapem procesu inicjacji jest rytualne przejście ze świata kobiet, który trzeba opuścić, do świata mężczyzn, do którego trzeba wejść, jeżeli chce się społecznie istnieć. Ta zmiana tożsamości społecznej i psychologicznej przypomina dotkliwością doznań emigrację do innego kraju. Jest to proces bolesny i długotrwały.

Plemię Bimin-Kuskusmin poświęca męskim rytuałom niezwykle dużo cza su i energii (por. F. J. Porter Pode,The Ritual Forging ofldentity). Składają się one aż z dziesięciu etapów i trwają dziesięć do piętnastu lat. Zabrani matkom chłopcy (od siedmiu do dziesięciu lat) słuchają śpiewów inicjacyj nych, określających ich jako istoty zbrudzone substancjami kobiecymi -„kałem demonów". Przerażeni chłopcy są rozbierani, a ich ubrania palone. Są obmywani przez uczestniczące w obrzędzie w roli „kapłanek" inicjacji kobie ty, które pokrywają ich ciała żółtym błotem (używanym w obrzędach pogrze bowych), robiąc obraźliwe uwagi na temat ich przyrodzenia. Następnie prze mawiają inicjatorzy, którzy ogłaszają, że chłopcy zostaną zabici, ponieważ są osłabieni i zanieczyszczeni przez matki. Zdenerwowane dzieci zaczynają płakać i krzyczeć, gdy z ich głów puszcza się krew. Po raz ostatni pokazuje się je matkom, które też zanoszą się płaczem i występują w żałobnych stro jach.

Chłopcy zabierani są do lasu i znienacka bici rózgami. Przez następne cztery dni prawie bez przerwy są poniżani i dręczeni. Inicjujący na zmianę chłoszczą ich do krwi pokrzywami oraz wywołują wymioty, by oczyścić ich ze wszys tkiego, co kobiece i nagromadzone od urodzenia. Dla wywołania wymiotów wmusza się im siłą świńską krew i mocz. Szok wywołany bólem, woń, brud, krzyki doprowadzają dzieci do okropnego stanu psychicznego. Zaraz po tej pierwszej próbie zmusza się je do jedzenia zabronionych kobietom pokarmów, co wzmaga odruchową panikę i wywołuje ponowne wymioty. Parę godzin później, inicjujący nacinają chłopcom pępek (żeby zniszczyć pozostałości menstruacyjne) oraz ucho i przypalają przedramię. Zebraną krwią maże się im prącie, mówiąc, że ta kobieca krew rozpuści je.

Pokryte krwią mdleją lub wpadają w histerię. Wtedy właśnie inicjujący ogła szają im, że znalazły się w trakcie umierania... Później pielęgnują chłopców, nadają im męskie imiona, wciąż kalecząc nacięciami ich skronie. Mimo zabiegów starszych nowicjusze pozostają nadal w stanie lęku i poniżenia. Tak w zasadniczym zarysie wygląda pierwszy z wielu następujących kolejno eta pów inicjacji.

F. J. Porter Pode pytał mężczyzn odprawiających obrzęd inicjacji, czy tak drastyczne tortury nie robią na nich wrażenia. Wielu współczuło cierpiącym, ale zarazem uważali oni, że jest to zabieg konieczny i w ostatecznym wyniku kor/y siny dla chłopców. Ich zdaniem, nie ma innej drogi. Taka jest cena, jaką trzeba zapłacić, żeby porzucić stan kobiecej wrażliwości i stać się silnym samcem. Nowicjusze po pierwszej próbie opowiadali o swej rozpaczy i wściekłości oraz poczuciu, że zostali zdradzeni przez matkę, która ich nie broniła przed dotkliwością zabiegu, a także wrogości wobec ojca -wspólnika oprawców. Większość chłopców wyrażała zarazem dumę z pomyślnego prze jścia próby. Najbardziej rozpieszczeni przez matkę, najbardziej kobiecy stwierdzali, że coś zostało w nich złamane. Przecięli pępowinę poczuli nową, męską solidarność. Tworzy ją poczucie niepodważalnej władzy i oddzielenia od zagrożenia kobiecymi słabościami.

Nauki wypływające z tych rytuałów

Pierwsza to ta, że męskość osiągana jest tylko drogą okrężną, która jest tym dłuższa i tym bardziej bolesna, im dłużej trwa symbioza matki i syna. Aby dokonać radykalnej resocjalizacji, o której mówi Gilbert Herdt, chłopiec musi „stanąć na granicy życia i śmierci". Nowicjusze z plemienia Sambia, podob nie jak ci z wyżyn wschodniej Nowej Gwinei, mówią wyraźnie, że podczas upuszczania im krwi z naciętych ran panicznie bali się śmierci.

Należy zdać sobie sprawę, że rytuały te dotyczą tylko chłopców. Dziew czynki uczestniczą w ceremoniach znacznie krótszych i nieskończenie mniej przykrych. Maurice Godelier zadaje sobie nawet pytanie, czy w ogóle można mówić o „prawdziwej inicjacji" kobiet. Czy można w ogóle porównywać opisany tu proces dziesięcioletniej segregacji płciowej i cztery dramatycznie dotkliwe ceremonie, służące oddzieleniu syna od matki, z dwoma raptem tygodniami potrzebnymi, by dorastającą dziewczynkę przygotować do małżeństwa? Dziewczynki spędzają ledwie kilka dni w świecie wyłącznie żeńs kim, by powrócić potem do codziennego życia ogólnorodzinnego. Zaczynają wtedy po prostu składać wizyty i częściej pomagać rodzinie przyszłych teś ciów.

Opisane tu rytuały, które czytelnikowi ze społeczeństwa industrialnego wydawać się mogą dziwne, a nawet barbarzyńskie, są jedną z wielu możli wych odpowiedzi na uniwersalną potrzebę odczuwaną przez dojrzewających chłopców: być uznanym za mężczyznę, być jednym z tych, którzy zerwali już ze słabością i dziecięcą zależnością. W nowoczesnym społeczeństwie, w któ rym dawne rytuały straciły swój sens, przełamanie owej bariery jest szczegól nie trudne i problematyczne, bo nie usankcjonowane prostymi, oczywistymi dowodami. W Stanach Zjednoczonych obserwuje się znaczne zaniepokojenie wieloma młodymi ludźmi, którzy nie chcą wcale dorastać i stawać się odpo wiedzialnymi mężczyznami. Jedni mówią o kompleksie Piotrusia Pana, inni o cywilizacji playboyów, odrzucających wszelkie więzy emocjonalne z kobietami (B. Ehrenreich, The Hearts ofMen). Może dlatego tak wielu amerykań skich mężczyzn tęsknie myśli o tradycji dawnych rytuałów inicjacyjnych.

Były one praktykowane także i w naszych społeczeństwach. Świadczy o tym wychowanie średniowiecznych rycerzy, opisywane np. przez Georgesa Duby (m.in. w książce Guillaume le Marechal ou le meilleur chevalier du monde, 1984). Począwszy od XVII wieku internaty szkolne zastępowały rodziców, którzy mogli sobie na nie pozwolić. Działo się tak aż do XIX wieku, który wprowadził mode na edukację rodzicielską. W krajach angloamerykańskich, bardziej przejętych męskością, rytuały inicjacyjne przetrwały dłużej. W nowoczesnej Anglii dzieci ze środo wiska ziemiańskiego, podobnie jak chłopcy w Afryce Wschodniej i w Nowej Gwinei, odbierani byli matkom w bardzo młodym wieku. Wysyłani do słyn nych public boarding schools, znosić musieli niezwykle okrutne otrzęsiny, strach i upokorzenie. W oczach rodziców był to jedyny sposób, by wychować ich na mężczyzn godnych rządzenia brytyjskim Imperium. Szkoły angielskie słynęły z wielkiej surowości, obowiązkowych gier drużynowych, wojskowej dyscypliny, ascetycznych posiłków, jednym słowem - z iście spartańskich warunków. Zdaniem Christine Heward (Mafcmg a Mań ofHim, 1988), „szkoły te były najbardziej surowe w okresie przed I wojną światową, a po 1920 roku ich rygor zaczął się z wolna rozluźniać". Autobiografie mężczyzn z tamtych czasów dobitnie ukazują odczuwane stale, także i w dorosłym już etapie życia, wspomnienie bólu i poniżenia. Angielski pisarz, Gerald Brennan wyznaje, że w najgorszych momentach I wojny światowej pocieszał się myślą, że przynaj mniej nie jest już uczniem w szkole w Radley. Wojna łagodniejsza była od szkoły!... Nawet w Anglii epoki wiktoriańskiej, która bynajmniej nie charak­teryzowała się przesadnym rygoryzmem, męskość „była produktem sztucz nym otrzymywanym przez surowy trening i straszne próby" (D. Gilmore).

Nawet jeszcze dzisiaj, w niektórych jednostkach wojskowych pozostały relikty tradycyjnej inicjacji męskiej. We Francji reputację najcięższego szko lenia ma Legia Cudzoziemska. W Stanach Zjednoczonych za najbardziej „męskich" uważani są marines. Rekruci poddawani są reżimowi, uważanemu dzisiaj przez wielu za nieludzki: żelazna dyscyplina, skrajny konformizm, bardzo męczące ćwiczenia fizyczne, kpiny i poniżanie rekrutów. Ciągle nazywnni,,babami", muszą spokojnie znosić otrzęsiny. Takie są warunki narodzin nowego, prawdziwego mężczyzny, który pozbył się wszelkiego „skażenia" kobiecością. Marines chętnie powtarzają, że: „Jeżeli chce się stworzyć grupę zabójców, trzeba zabić w nich kobietę" (C. Thompson). W Le Grand Santini P. Conruy opisuje przerażające wychowanie młodego chłopca przez ojca z marines, który traktuje go tak samo jak swoich rekrutów. Te fizyczne i słowne okrucieństwa ujawniają obsesję ojca, że jego syn nie będzie odpowiadał męskiemu modelowi żołnierza. Uczy go pogardy dla kobiet („dobrych do pieprzenia"), chwalenia się wielkością członka, obrzydzenia do wszystkiego, co w jakikolwiek sposób przypomina kobiecość, czułość czy szacunek dla innej osoby. Gdy chłopak kończy osiemnaście lat, ojciec nakłania go do picia i palenia (jako oznak męskości) aż do torsji. Nieustannie zarzuca mu brak męskości; jest zanadto synem matki, a za mało ojca.

Pedagogia homoseksualna

Określenie „pedagogia homoseksualna" może prowadzić do nieporozu mień. Nie oznacza ono próby uczynienia z młodych ludzi homoseksualistów, a tym mniej kształcenie ich w sztuce erotycznej. W postaci, w której była ona i jest nadal praktykowana w innych kulturach, jest to nauka męskości poprzez homoseksualizm. Wielu z nas może to się wydać dziwne, ale taka jest ukryta prawda.

Pedagogia homoseksualna, zjawisko starsze niż zwykło się sądzić pojawia się w społeczeństwach, w których męskość ma status wartości absolutnej. John Boswell zauważa, że u dawnych ludów często występowało mniemanie, iż mężczyźni lubiący innych mężczyzn są bardziej męscy niż heteroseksualiści. Argumentem tej tezy (co do którego trzeba wszakże odnosić się sceptycznie) jest twierdzenie, że mężczyźni, którzy kochają mężczyzn, będą się starali im dorównać i być tacy jak oni, podczas gdy ci, którzy kochają kobiety, staną się jak one „zniewieściali".

Liczni cesarze rzymscy jawnie praktykowali homoseksualizm. Faworyt imperatora Hadriana - Antinous, po swej przedwczesnej śmierci był obiektem oficjalnego kultu. Siedem wieków wcześniej, w klasycznej Grecji, homosek sualizm uznawany był za coś tak szlachetnego, że Solon zakazał go wśród niewolników. Jak napisał Michel Foucault: „Wolno było kochać chłopców” dozwolone to było nie tylko przez prawo, ale także przez opinię publiczną. Praktyka ta miała silne oparcie w wielu instytucjach (wojskowych, pedago gicznych).,, i podkreślano jej wartość" {L 'Usage desplaisirs}.

Męskość: wiedza przekazywana przez kontakt cielesny

Podkreślaliśmy już lepszą sytuację małych dziewczynek w zakresie naby wania tożsamości płciowej. Zawdzięczająto kontaktowi z ciałem matki. Kon takt ten nie jest neutralny, jak myślał Rousseau. To, co jest dobre dla dziew czynki, powinno być dobre także dla chłopca. Zażyłe stosunki z dorosłym mężczyzną miałyby wzmacniać jego tożsamość i usuwać niedobre przyzwy czajenie do matki. Jak twierdzi psychoanalityk Guy Corneau, „spotykanie innych mężczyzn... dotykanie ich, rozmawianie z nimi utwierdza każdego z nich w męskiej tożsamości".

Męskość to jednak nie tylko uczucie tożsamości, to także wiedza przekazy wana w trakcie inicjacji (Grecja antyczna) oraz dzięki intymności; to także realność biologiczna. Sambiowie uważają, że ciało chłopca nie zaczyna pro dukować spermy w sposób naturalny. Tylko fellacja może to spowodować. Grecy, Sambiowie, Rzymianie, średniowieczni Skandynawowie, samuraje, Barujowie -wszyscy oni sądzili, że prawdziwa męskość bierze się z bliskich stosunków pomiędzy mężczyznami.

Męska edukacja zapewniała poczesne miejsce homoseksualizmowi inicjującemu i pedagogicznemu, który miał rangę instytucji. Tak było w Tebach podczas edukacji wojowników świętych batalionówa także szlachetnych obywateli ateńskich. „W Sparcie siedmio letni chłopcy ćwiczeni byli w walce przez starszych od siebie. Mając dwanaś cie lat najlepsi znajdowali kochanków, którzy przywiązywali się do nich i opiekowali nimi, często asystując w gimnazjonie przy walkach. Ich kontrola bynajmniej nie była tylko powierzchowna. Byli czymś w rodzaju ojców, wychowawców i przywódców wszystkich młodych" -pisze Plutarch.

Tak więc to w ramach procesu wychowawczego chłopcy brali sobie kochan ków. Celem związku było „sprawić, by dziecko było jak najlepsze". W Ate nach, w których pederastia stała się zjawiskiem powszechnym, a wojna przes tała być jej uzasadnieniem, przetrwał wychowawczy charakter homoseksualizmu. Nawet Arystofanesa, konserwatystę, który sławi powściągliwe zwyczaje starożytnych Aten, wzrusza ta erotyczna atmosfera: „Gdy dzieci odpoczywały u nauczyciela gimnastyki, musiały wy ciągać nogę do przodu tak, by nie ukazać obcym nic szokującego. Nigdy w tym czasie chłopiec nie nacierał się oliwą poniżej pępka. Stąd -jakiż świeży puch na ich organach - aksamit, mgła, niczym na brzoskwiniach !" (Arystofanes, Obłoki).

Zdaniem Bernarda Sergenta zasada wychowania polega na tym, że dorosły mężczyzna, obywatel godny tego miana, przekazuje uczniowi bliskiemu doj rzałości obywatelskiej arete, czyli swoją cnotę, zasługi, odwagę, inteligencję i honor. Przez długi okres przekazywanie to następowało poprzez kontakt cielesny. Pomimo tego, że Sokrates głosił przede wszystkim miłość duszy, a nie ciała, związek miłosny pomiędzy mężczyznami pozostawał w Grecji kluczem do męskiej edukacji.

W plemionach Baruja i Sambia wielkim sekretem męskości, którego nie powinna znać żadna kobieta, jest to, że „sperma daje mężczyznom moc odrodzenia chłopców poza brzuchem matki, w świecie mężczyzn i tylko przez nich. Podczas inicjacji chłopcy odżywiani są spermą starszych przez całe lata. Dzięki temu rosną więksi od kobiet i mogą dominować" (M. Godelier). Można sądzić przez analogię, że rytuał afrykańskich Kikujów spełnia podobną funkcję. Najstarsi z plemienia pełnią rolę „karmiących samców". Po kolei, tym samym ostrym nożem rozcinają sobie ramię i dają krew do picia młodym. W ten sposób stają się oni mężczyznami. Z mlekiem matki wysysa się kobie cość, a pijąc płyny męskie zyskuje się męskość.

U Sambiów rytualizacja fellacji homoseksualnej wynika z przekonania, że tożsamość przekazywana jest przez spermę. Mężczyźni uważają, że nieustan na inseminacja jest jedynym sposobem na to, by chłopcy rośli i osiągali męskość. Od trzeciego dnia inicjacji przy obscenicznych żartach podaje się im flety po to, by włożyli je do ust. W razie potrzeby stosuje się siłę. Fellacja i kopulacja stanowią kolejny i obowiązkowy etap rytuału. W fellacji biorą udział tylko młodzi kawalerowie, którzy nie mieli jeszcze stosunków płcio wych z kobietami i nie zostali przez nie „skażeni". Fellacja nie jest wzajemna. Dostarczający spermę nie otrzymuje jej. Ssanie penisa chłopca byłoby perwersją... Rytuał stanowczo zabrania kazirodczych kontaktów pomiędzy męż czyznami spokrewnionymi. W trzecim etapie inicjacji, który odpowiada dojrzałości, chłopcy stają się dawcami spermy dla nowej grupy inicjowanych. W tym okresie zakazane są wszelkie kontakty z kobietami, a na chłopców wywierana jest silna presja społeczna, aby pogodzili się ze swoją rolą fellatorów.

Rytuał fletów umożliwia zmianę przywiązania do matki na przywiązanie do kawalerów. Flet jest substytutem piersi i fallusa, sekretem jednoczącym ojców i synów przeciwko matce. G. Herdt uważa, że flet służy obronie przed stra chem spowodowanym utratą matki.

Niełatwo jest małych chłopców, nazbyt przywiązanych do matek, przekształcić w agresywnych wojowników. Stworzenie heteroseksualnej tożsamości u mężczyzn, których początkowo podniecają erotycznie chłopcy, jest zada niem wręcz monumentalnym.

Reguły pedagogii homoseksualnej

Proces pedagogii homoseksualnej jest nader rygorystycznie regulowany określonymi zasadami. Obwarowane licznymi przepisami są w nim wiek, status inicjowanego, proceder i cele inicjacji.

Po pierwsze, ważna jest różnica wieku i statusu pomiędzy partnerami. Jeden jest młody i nie uformowany, drugi uważany za dorosłego. Wskazówki doty czące prawdziwego wieku partnerów w tekstach greckich są często płynne. Zdaniem ustawodawcy, „normalny" Ateńczyk nie pożąda młodych chłopców po przekroczeniu czterdziestu lat. Zwykle inicjujący jest niewiele starszy od inicjowanego.

Relacja między erasta a eromenem nie jest oparta na równości. Sekretny rytuał fletów zwiastuje przyszłą męską hegemonię nad kobietą, jest jednak przede wszystkim symbolem hierarchii wśród mężczyzn. Od greckiego chłopca oczekiwano nieśmiałości i powściągliwoś ci, które znamionują status dziecka (pais).Nierówności wiekowej odpowiada nierówność uczuć. Starszy odczuwa pożądanie, młodszy tylko przyjaźń(philia) pozbawioną konotacji seksualnych. Jeżeli chłopiec gustuje w tych stosun kach płciowych, jest zboczony. Na pociąg płciowy wychowawcy wychowa nek odpowiada uczuciem podziwu i wdzięczności.

Inicjatywa należy zawsze do starszego; daje mu to prawa i obowiązki, W przeciwieństwie do przymusowej fellacji w Nowej Gwinei, w Atenach zwyczaj nakazywał respektowanie wolności chłopca. Jeżeli nie był z natury uległy, nie można było wykorzystywać swojej przewagi. Trzeba było umieć go przekonać. W dawniejszych czasach chłopcy byli porywani przez star szych, porównywanych do myśliwych, którzy traktowali ich jak zdobycz. Dobrowolna czy nie, pedagogia homoseksualna ma zawsze ten sam cel -naukę roli mężczyzny. Dobrowolnie lub siłą - dorosły mężczyzna uczy młodszego opanowania, które charakteryzuje męskość. Zastępuje ojca (sami ojcowie mają co innego do roboty - pisze Platon w Lachesie) lub starszego brata czy ojczyma. W przeciwieństwie jednak do tych członków rodziny korzysta z dostępu do ciała chłopca i tą drogą, w niepojęty dla nas sposób, przekazuje mu wiedzę.

Ostatecznym warunkiem homoseksualizmu pedagogicznego i inicjacyjnego jest jego ograniczenie czasowe. Bez względu na rzeczywisty charakter uczucia inicjatora do inicjowanego, stosunek wychowawcy musi przemienić się w przyjaźń w chwili pojawienia się u wychowanka pierwszego zarostu. Liczne greckie teksty krytykują złych wychowawców, którzy kontynuują związek erotyczny dłużej, niż jest to konieczne idozwolone. Miłość dorosłych nie ma już nic wspólnego z inicjacją, staje się obiektem krytyki i ironii. Powodem tego jest podejrzenie o pasywność zawsze źle widzianą u wolnego, a szczególnie dorosłego, mężczyzny.

Homoseksualizm jako etap na drodze do heteroseksualizmu

Homoseksualizm bywa fazą przejściową, ale konieczną do zdobycia męs kości heteroseksualnej. To, co my uważamy za paradoks, nie jest nim w innych cywilizacjach. Teksty greckie kategorycznie stwierdzają, że nie ma dwóch różnych rodzajów pożądania, homoseksualnego i heteroseksualnego, lecz tyl ko jedno - pożądanie pięknego obiektu. Ten sam mężczyzna może zakochać się w kurtyzanie lub w chłopcu (K, Y. Dover, Homosexualite grecgue, 1982). Michel Foucault widzi w tym dowód szczególnego biseksualizmu Greków. Skłonność do chłopców lub dziewcząt była sprawą gustu, a bynajmniej nie wynikała z samej natury danego człowieka. Widziano w tym raczej różne przyjemności; biseksualizm nie mający większego wpływu na tożsamośćZenon, twórca stoicyzmu, radził wybierać partnerów płciowych nie ze względu na ich płeć, lecz przymioty.

Wprowadzenie homoseksualizmu do procesu wychowania chłopca jest prawdopodobnie jednym z powodów bardzo ograniczonej roli ojca. Za uzasadnieniem, jakie znajdujemy w Lachesie Platona, a powtarzanym również przez współczesnych ojców, którzy twierdzą, że są zbyt zajęci, by zająć się wychowaniem synów, kryje się strach przed homoseksualizmem kazirod czym. Może z tego powodu w niektórych społe czeństw ach rodziców zastępują inicjujący spoza rodziny. Często jest ich wielu.

Społeczeństwa przemysłowe

Jak na ironię, Freudowska teoria kompleksu Edypa oraz identyfikacji syna z ojcem pojawiła się w chwili, gdy w miastach ojcowie zaczęli masowo opuszczać dom rodzinny, żeby pracować, a rytuał separacji od matki wygasał. Syn współczesnego rycerza pozostał w domu pod władzą matki. Jądro rodziny ograniczało się często do matki i dzieci.

Tęsknota za ojcem

Od połowy XIX wieku społeczeństwo przemysłowe narzuca rodzinie nowy charakter. Zmusza mężczyzn do całodziennej pracy w manufakturach, kopal niach, biurach itd. W rodzinach miejskich kontakt ojca z rodziną ulega znacz nemu ograniczeniu. Dla dzieci staje się on postacią odległą, zajmującą się czymś tajemniczym. Nowa organizacja pracy powoduje radykalne rozdziele nie płci i ról. Mąż i żona, którzy w XVIII wieku pracowali razem w gospodar stwie, na targu czy w sklepie, wspomagani przez swoje dzieci, pięćdziesiąt lat później zostali rozdzieleni między dwie sfery, nie utrzymujące ze sobą stosun ków: rządzoną przez matkę prywatną sferę ogniska domowego oraz sferę publiczną i zawodową - wyłączne królestwo mężczyzn. Z jednej strony ko bieta -matka i gospodyni, z drugiej pracujący mężczyzna - żywiciel rodziny.

W późniejszym okresie podręczniki życia rodzinnego coraz rzadziej wspo minają o obowiązkach ojcowskich, coraz częściej zaś dają do zrozumienia, że matki obdarzone są przez opatrzność wszystkim, co jest potrzebne do wycho wania dzieci obojga płci. Zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych przyszła moda na matki poświęcające się duszą i ciałem swoim dzieciom. Do zadań żywicielskich dodaje się wychowanie, a często także nauczanie. Społeczeństwo przemysłowe, oddala jąc ojca od syna, nadwątliło władzę patriarchalną. Jest to koniec wszechwład nego patriarchy, który stanowi prawo dla żony i dzieci.

Chociaż wśród postępowej burżuazji obraz kochającego ojca zastępuje wizerunek ojca karzącego, wielu mężczyzn nie może już sprawować opieki nad dziećmi, inni zaś w ogóle się o to nie troszczą. Jak zauważa Peter Stearns, towarzyszy temu przedefiniowanie tradycyjnej męskości. Siłę fizyczną i ho nor zastępuje sukces, pieniądze i dowartościowująca praca, która usprawied liwia oddalenie ojca. Koniec XIX wieku przyniósł mężczyznom większy wstrząs niż wiek XX. W Stanach Zjednoczonych kryzys 1929 roku dopełnił poniżenia ojców. Zmuszeni do długotrwałego pozostawania w domu, bezro botni stracili pewność siebie i czuli się dotknięci w swej męskości. Tym hardziej, że filmy amerykańskie w latach trzydziestych rozpowszechniały obraz career woman.

Odległy i niedostępny lub niemęski i pogardzany - oto dwa obrazy ojca. które w końcu zwyciężyły -w większym stopniu w Stanach Zjednoczonych niż w Europie. I rzeczywiście, literatura anglosaska końca XIX wieku jest długą skargą adresowaną do ojca. Niedawna ankieta Shere Hite potwierdza, że prawie nie ma mężczyzn (wśród 7000 ankietowanych), którzy mówią, że ojciec był im bliski. Bardzo niewielu pamięta, że trzymał ich na rękach lub pieścił, natomiast świetnie pamiętają klapsy i kary.

Zbyt odległy lub zbyt swojski, za twardy albo za łagodny, zanadto lub nie dość surowy, ojciec ma trudności ze znalezieniem odpowiedniego dystansu do syna. O wszystkie ojcowskie grzechy może nazbyt pochopnie oskarża się kastrujące i zachłanne matki, tak jak to zrobiła angielska antypsychiatria na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Atak na kobiety, a szcze gólnie jednoznaczne potępienie matek (R. D. Laing i D. Cooper), jest raczej załatwianiem porachunków niż wyjaśnieniem problemów. Niezależnie od tego, czy wytoczymy mu proces, czy będziemy opłakiwać ojca zagubionego i zranionego, faktem jest, że w społeczeństwie przemysłowym wielu chłop ców nie identyfikuje się z nim. Modelu szukają oni w fikcji literackiej i przede wszystkim filmowej. Zastępczymi ojcami naszych synów zostali legendarni kowboje, Rambo i Terminatorzy oraz aktorzy grający te role. Bardziej jeszcze niż z nierealnymi nadmęskimi bohaterami identyfikują się oni ze swoimi kolegami.

Wpływ rówieśników

Jak mówiliśmy, już w przedszkolu dzieci bawią się przeważnie z kolegami tej samej płci. Ta tendencja do tworzenia grup wedle płci uwydatnia się w wieku sześciu -siedmiu lat i trwa do dojrzałości, tworząc znacznie różniące się podkultury. Amerykanin Gary Alan Fine zastanawiał się nad upodobaniem

małych chłopców do dirty play, czyli do źle widzianych przez dorosłych zabaw, takich jak rzucanie kamieniami w żaby, agresywne żarty i nie kończące się rozmowy o seksie. Fine sądzi, że wynika to nie tyle z naturalnej agresywności, co raczej z chęci afirmacji męskiej tożsamości. Dirty play to wyraz statusu i nie chodzi w nich o zranienie kogoś, lecz o uznanie odwagi. Hałaśliwe, brudne i obsceniczne zabawy ma łych samców to rodzaj afirmacji własnej męskości na przekór matczynemu światu kobiet, w którym jest to zabronione. U wielu dorosłych mężczyzn utrzymuje się to dłużej, o czym świadcząna przy kład zachowania sportowców w szatniach.

Towarzystwo rówieśników ważniejsze jest dla chłopców, którzy chętniej niż dziewczynki poszukują życia w grupie, zajęć i sportów grupowych. An kiety Reginę Boyer przeprowadzone wśród licealistów i licealistek w wieku od piętnastu do dziewiętnastu lat wykazały, że chłopcy spędzają z rówieśni kami średnio o godzinę dziennie więcej niż dziewczynki. Zależnie od grupy społecznej chłopcy lubią się spotykać w kawiarni, na boiskach lub na wieczor nych rozrywkach, podczas gdy dziewczyny więcej czytają, prowadzą długie rozmowy telefoniczne i spędzają więcej czasu z rodziną. Bandy, gangi, dru żyny i wszelkiego rodzaju grupy chłopców są wyrazem nie tyle ich instynktu stadnego, co potrzeby zerwania z rodzinną kulturą kobiecą i stworzenia kul tury męskiej. Z powodu nieobecności ojca, który byłby modelem męskości, młodzi jednoczą się pod przywództwem starszego, silniejszego, sprytniejsze go, „starszego brata", lidera, którego podziwiają i naśladują.

Nauka sportów zespołowych w USA ma punkty wspólne z omawianymi wyżej rytuałami inicjacyjnymi. Socjolog Mikę Messner, który temu tematowi poświęcił wiele prac. wyjaśnił związek pomiędzy przyuczaniem do sportów i konstruowaniem męskości. Wspomina, jak jego samego karcił ojciec trener - gdy mając osiem lat po raz pierwszy znalazł się na boisku baseballowym -bo rzucał piłkę „jak dziewczyna". Zastanawiając się później nad lękiem wywołanym ojcowską uwagą i wysiłkiem, jaki włożył w to, by nauczyć się odpowiednio męskiego gestu, Messner poczynił dwa interesujące stwierdze nia. Po pierwsze - to właśnie okropny strach przed zostaniem dziewczyną był motorem jego nauki baseballu. A po drugie, zauważył, że „kobiecy" sposób rzucania piłki z anatomicznego punktu widzenia jest bardziej naturalny. „Męski" sposób rzucania, stosowany na dłuższą metę, musi wywołać uszko dzenie ramienia i barku. Obserwacja ta spowodowała, że liga dziecięcego baseballu zabroniła wykonywania tego rzutu. Ból pozostał jednak w centrum męskości sportowej. Socjolog Don Sabo sporządził bilans szkód fizycznych, które zawdzięcza swej młodości futbolisty i przyczyn znoszenia ich od ósme go roku życia: „Grałem dla nagród. Dzięki sukcesom zdobywałem przyjaciół i miejsce wśród samców. Sukcesy odmieniały mnie, byłem mniej sobą, a bar dziej moim idolem Batkusem. Później liczyłem, że poprzez sport zwrócę na siebie uwagę dziewczyn".

W efekcie Don Sabo nauczył się znosić ból, zupełnie tak jak w trakcie inicjacji: najbardziej bolesne rany, połamane kości, podbite oczy, nos w ka wałkach. „Ból i rany stanowią część gry". W ramach tej ideologii uczy się chłopców, że znoszenie bólu świadczy o odwadze i męskości. „Ból jest dobry, a przyjem ność zła, co po tysiąckroć powtarzają trenerzy: nopain, no gatn". Zachęca się w ten sposób do traktowania własnego ciała jak narzędzia, maszyny, a nawet broni używanej do pokonania przeciwnika „traktowanego jak przedmiot". M. Messner (The Life ofa Mań 's Seasons) zwraca uwage, że taka koncepcja męskości współzawodniczącej, zhierarchizowanej i agresywnej nie sprzyja powstawaniu bliskich i trwałych przyjaźni między mężczyznami. Jednak wbrew głoszonej homofobii, sporty grupowe, dające możliwość dotykania się i chwytania, bez podejrzenia o zamiary homoseksualne, są okazją do tym silniejszego homoerotyzmu, im bardziej jest on nieuświadomiony. Dowodem na to są futboliści i rugbyści obejmujący się, całujący, czule poklepujący po pośladkach na oczach milionów telewidzów bez najmniejszego zażenowania.

Tożsamość a preferencje seksualne

Jedną z najbardziej oczywistych cech męskich jest obecnie heteroseksualizm. Definicja rodzaju implikuje jednocześnie tryb życia płciowego -czyli: kto, co i z kim robi. Męska tożsamość łączona jest z posiadaniem, braniem, penetrowaniem, dominowaniem i potwierdzaniem się, także -gdy jest to konieczne - siłą. O tożsamości żeńskiej świadczy dawanie, uległość, pasywność, podporządkowanie. „Normalność" i tożsamość płciowa wpisane są w kontekst zdominowania kobiety przez mężczyznę. Z tego punktu widze nia homoseksualizm, który narzuca dominację mężczyzny nad mężczyzną, traktowany jest jak choroba psychiczna lub co najmniej zaburzenie tożsamości płciowej.

Heteroseksualizm jest trzecim etapem w negacyjnym dowodzeniu tradycyj nej męskości. Po odłączeniu od matki („nie jestem dzieckiem"), radykalnym odróżnieniu się od płci żeńskiej („nie jestem dziewczyną"), chłopiec musi udowodnić sobie, że nie jest homoseksualistą, czyli że nie chce pożądać innych meżczyzn lub być przez nich pożądanym. W naszej cywilizacji przeważa pogląd, że jest się naprawdę mężczyzną, jeżeli woli się kobiety. Tak, jakby posiadanie kobiety wzmacniało pożądaną odmienność i odsuwało widmo tożsamości z nią. Mieć kobietę, by nią nie być. W oczach niektórych sam fakt, że nie jest się homoseksualistą, świadczy o tym, że jest się mężczyzną. Opinię tę potwierdza, a contrario, sondaż przeprowadzony przez męski miesięcznik Lui (1991, nr 50). Na pytanie: „Czy uważałbyś się za mężczyznę, gdybyś miał doświadczenie homoseksualne?" 57% pytanych mężczyzn odpowiedziało: nie.

Heteroseksualizm jest dla nas obecnie jedną z najbardziej oczywistych cech męskiej tożsamości, do tego stopnia, że uważany jest za naturalny. Nasi przodkowie nie zawsze tak myśleli.

Wiek XIX: definicja tożsamości poprzez preferencje płciowe

W ciqgu ostatnich trzydziestu lat epoki wiktoriańskiej pojawiły się nowe koncepcie homoseksualizmu. Sodomita, który tylko przejściowo odchodził od normy, ustępuje miejsca „homoseksualiście" jako przedstawicielowi odręb nego gatunku. Wymyślając nowe słowa („homoseksualista", „inwertyta") na określenie tych, którzy interesują się własną płcią, zmieniano pogląd na to zjawisko i jego ocenę. Tworzenie nowych określeń odpowiadało tworzeniu pojęcia choroby psychicznej i społecznej, „Narodziny" homoseksualisty są narodzinami problemu i wyznaczają początek nietolerancji, która trwa do dzisiaj.

Na rok 1857 Pierre Hahn datuje pierwsze francuskie badania przeprowadzo ne nad homoseksualizmem na potrzeby policji przez doktora Tardieu. Rozpo czynają one nagonkę na pederastów, którą poza policją prowadzą także sędziowie i świat medycyny sądowej. Wedle doktora Tardieu, zboczenie z dnia na dzieńzatacza coraz szersze kręgi, a skandale publiczne prowadzą do surowszego karania pederastii, gwałtów i obrazy moralności nieletnich. Ale też, jak na ironię, to właściwie sami homoseksualiści podłożyli ten ogień, stawiając problem swej tożsamości. Pragnęli uznania ich odrębności, czyli tego, co dziś określamy prawem do bycia innym. Węgierski lekarz, doktor Benkert, który w roku 1869 stworzył termin „homoseksualizm", zwraca się do ministra sprawiedliwości o zniesienie starego prawa pruskiego, skierowa nego przeciwko temu zjawisku. W tym samym czasie dawny urzędnik sądowy z Hanoweru, Heinrich Ulrichs, homoseksualista, analizuje homoseksualizm z trzech punktów widzenia: historycznego, medycznego i filozoficznego (Ba dania nad zagadką miłości mężczyzny do mężczyzny, 1864-1869). Z jego uczonych rozróżnień pederastów i „uranistów " przetrwała tylko definicja tych ostatnich: „dus.za kobieca, która dostała się do męskiego ciała". Nieświado mie Ulrichs wprowadził pederastów na śliską drogę patologii psychicznej. Opierając się na wierze w trzecią płeć, niemiecki psychiatra Westphal opub likował w 1870 roku pracę na temat wrodzonego odwrócenia świadomości płci i ponurych konsekwencji tego zjawiska.Havelock Ellis definiuje pederastię jako wrodzoną anomalię, a Hirschfeld mówi o „płci pośredniej" (por. P, Hahn).

Stopniowo, krok za krokiem, wszyscy zgodnie zaczynają widzieć w pederastach chorych. W roku 1882 Magnan i Charcot nadają im miano „zboczeń ców seksualnych" i zaliczają do degeneratów. Narodzinom homoseksualizmu patologicznego towarzyszy pojawienie się pojęć „rasy przeklętej" (wedle określenia Marcela Prousta) i heteroseksualnej „normalności". Preferencja seksualna zostaje uznana za z góry przesądzoną. Dzięki szerokiemu oddzia ływaniu Psychopatii seksualnych Richarda Kraffl-Ebinga (dzieło wielokrot nie wydawano w latach 1886-1903), zwrócenie szczególnej uwagi na pojęcie nienormalności rzuciło nowe światło na to, co jest „normalne", „Normalne" życie płciowe samca wynikało z „instynktu", którego naturalnym obiektem ma być płeć przeciwna. Aby opisać tę normalność, stworzono pojęcie hetero-seksualizmu, który zakładał zasadniczą różnicę płci i jednocześnie nierozer walnie wiązał tożsamość płci (bycie mężczyzną lub kobietą) z tożsamością seksualną.

Tak więc dziewiętnastowieczne rozprawy medyczne utożsamiły zachowa nia seksualne z tożsamością płciową. Podczas gdy dawny sodomita, jak zau waża Foucault, był tylko podmiotem prawnym czynów zakazanych, „homo seksualista XIX wieku stał się odrębnym gatunkiem", z odrębną przeszłością, historią, dzieciństwem; także morfologią, inną anatomią, i - być może -odrębną fizjologią. Wszystko, czym jest, zawiera się w jego seksualizmie...

Medykalizacja homoseksualizmu powinna była chronić go od ocen moral nych. Tak się jednak nie stało. Problematyka „perwersji" pozwalała na wszelkie dwuznaczności. Nie próbowano odróżniać choroby od zboczenia, dolegliwości psychicznej od moralnej. Jednogłośnie piętnowano mężczyzn zniewieściałych i niezdolnych do płodzenia potomstwa. Zarówno w Anglii, jak i we Francji postawy antyhomoseksualne związane były z obawą przed osłabieniem i upadkiem imperium bądź narodu. Niezliczone teksty wyrażają lęk przed konsekwencjami obniżenia przyrostu naturalnego. Homoseksualis ta zagraża narodowi i rodzinie. Jest także „zdrajcą męskiej sprawy" (L. Segal). Nawet lekarze oskarżają zniewieściałych mężczyzn o niewypełnianie męskich obowiązków, małoduszność, brak odwagi i oddania; ubolewają z po wodu ich próżności, niedyskrecji, plotkarstwa. To po prostu „nieudane kobie ty, niepełni mężczyźni"! (R. A. Nye).

Piętnowanie homoseksualistów jest niewątpliwie wynikiem procesu poję ciowej klasyfikacji płci. Jak na ironię, w znacznej mierze sami uważający się za reformistów homoseksualiści i seksuolodzy, zamykają „dewiantów" w te orii ich nienormalności. Najlepszym tego przykładem jest seksuolog Havelock Kllis. Wierząc, że spowoduje większą tolerancyjność burżuazyjnego społeczeństwa, rozwinął teorię wrodzonych postaw seksualnych i mającej stąd wynikać niewinności homoseksualistów, nie mogących odpowiadać za swe zachowania: Nic na to nie poradzimy, bo tacy się po prostu rodzimy. W rezultacie, „teoria biologicznego uwarunkowania homoseksualizmu zdominowała literaturę medyczną XX wieku, rodząc różnego rodzaju próby hormonalnej lub chirurgicznej przemiany lesbijek i homoseksualistów w heteroseksualistów"(L Birke).

Na odpowiedzialność seksuologów w tworzeniu „typu" homoseksualnego wskazuje Jeffrcy Weeks. Przy całym swym ferworze naukowym, seksuologia nie była ani obiektywna, ani opisowa. Przeciwnie-pouczała, czym powinniś my być i co stanowi o naszej normalności. Obsesja normy zrodziła potrzebę Zajmowania się tym, co nienormalne. Mnożono wyjaśnienia etiologiczne: zepsucie lub degeneracja, wrodzoność lub wstrząs przeżyty w dzieciństwie... Produkowano złożone typologie odróżniające odmienne homoseksualizmy. Clifford Allen definiuje dwanaście typów, m.in; typ kompulsywny, nerwowy, nerwicowy, psychotyczny, psychopatycz ny i alkoholiczny. Richard Harvey opisuje czterdzieści sześć rodzajów homo seksualistów, a Kinsey tworzy koncepcję nieskończonej ilości stanów pośred nich między hetero- a homoseksualizmem. W końcu seksuolodzy zrozumieją niebezpieczeństwo tych typologii. Ale będzie już za późno. Praktyki seksu­alne stały się kryterium opisu osoby. Czy to znaczy, że seksuologowie stwo rzyli homoseksualistę, jak sądzą Michel Foucault i Jonathan Ned Katz? tak, i nie! Homoseksualizm istniał zawsze i wszędzie, ale „dopóki seksuolodzy nie przykleili mu etykietki z odrębną nazwą, był on jakąś częścią tożsamości. Tożsamość homoseksualna, jaką znamy, jest więc produktem klasyfikacji, której zasadniczym celem była regulacja i kontrola. Nazwać znaczyło opano wać" (J. Weeks).

XX wiek nie uniewinnił homoseksualisty. Sto lat po procesie Oskara Wilde'a wielu z ludzi nam współczesnych nadal widzi w nim rodzaj przestępcy seksualnego lub, w najlepszym razie, chorego i dewianta. Dwie przyczyny mogą wyjaśnić te postawy dyskryminacyjne. Po pierwsze, niewiedza; po stu pięćdziesięciu latach badań i polemik nadal nie potrafimy precyzyjnie zdefi niować tego płynnego i zróżnicowanego zachowania, którego pochodzenie nie zostało w pełni poznane. Wielość wyjaśnień potęguje wrażenie niezrozumiałości i wywołuje postawę odrzucenia jako czegoś obcego. Druga przyczy na jest natury ideologicznej. Nasza koncepcja męskości heteroseksualnej powoduje, że homoseksualizm pełni użyteczną rolę, używany w celu dowar tościowywania a rebours pozytywnych i pożądanych zachowań heteroseksualnych.

Homoseksualizm: powszechny popęd czy tożsamość właściwa mniejszości?

Podejście do homoseksualizmu jest niekonsekwentnie dwojakie. Z jednej strony wskazuje się na podobieństwa pomiędzy homoseksualistami a heteroseksualistami, podkreślając uniwersalność popędu homoseksualnego. Z dru giej, mówi się o różnicach i specyfice homoseksualizmu.

Badacze, którzy zajmowali się homoseksualizmem z transkulturowego pun ktu widzenia, zauważyli pewną ilość stałych. Po wielu latach pracy wśród środowisk homoseksualnych tak różnych krajów jak Stany Zjednoczone, Gwatemala, Brazylia i Filipiny, socjolog Frederick Whitam doszedł do nastę pujących wniosków: 1) homoseksualiści występują we wszystkich społeczeństwach ludzkich; 2) ich procent jest podobny we wszystkich społeczeństwach i niezmienny w czasie; 3) normy społeczne ani nie redukują, ani nie wzmagają występowania orientacji homoseksualnej; 4) subkultury homoseksualne poja wiają się we wszystkich wystarczająco licznych społeczeństwach; 5) w róż nych społeczeństwach homoseksualiści są do siebie podobni pod względem zachowań i dążeń; 6) wszystkie społeczeństwa wydają podobne dwa typy homoseksualistów -bardzo męskich i bardzo kobiecych.

Wszystko to wskazuje, że homoseksualizm nie został bynajmniej zrodzony przez określony system organizacji społecznej, lecz jest raczej jedną z podsta wowych form ludzkiej płciowości, wyrażającą się we wszystkich kulturach,

Skoro jednak homoseksualizm ujawniany jest zawsze zjawiskiem mniejszościowym, powstaje pytanie, jak rozróżniać popęd, akt i orientację homo seksualna.

Rzecznicy podobieństwa

Freud był najbardziej tolerancyjnym i przewidującym z teoretyków homo seksualizmu. Dzięki swej teorii pierwotnego biseksualizmu mógł uznać, że wszystkie istoty „mogą wziąć jako obiekty seksualne osoby zarówno tej samej, jak i innej płci”. Dzielą one swe libido albo w sposób wyraźny, albo ukryty na obiekty obu płci" (Die endliche unddie unendliche Analyse, 1937). W całej swej pracy naukowej Freud bronił niezmiennie naturalnego, a nie patologicznego pochodzenia homoseksualizmu, występując nie tylko przeciw seksuologom, rzecznikom „trzeciej płci" lub „płci pośredniej", ale także przeciwko psychoanalitykom.

Przeciwstawiając się. zdecydowanie poglądom swej epoki Freud twierdził, że heteroseksualizm jest nie mniej problematyczny niż homoseksualizm, i nigdy nie zmienił zdania w tym punkcie. We Wspomnieniu z dzieciństwa Leonarda da Vinci (1910) posunął się nawet dalej, twierdząc, że nie tylko wszyscy jesteśmy zdolni do wyboru homoseksualnego aktu bądź postaw, lecz, co więcej, że ludzie z natury „wybierają homoseksualizm w pewnym momen cie życia, a później albo się tego wyboru trzymają w swej podświadomości, albo też bronią się przed nim energicznie poprzez postawę przeciwną".

Jeśli chodzi o przyczyny homoseksualizmu, Freud zawsze był bardzo ostrożny i przyznawał, że nie udało mu się ich do końca rozpoznać. W Trzech esejach mówi o przewadze skłonności archaicznych i pierwotnych mechaniz mów psychicznych, o narcystycznym wyborze obiektu i znaczeniu erotycznym.okolicy analnej, a także o roli silnego związku erotycznego z matką. Wszystkie te czynniki nie wystarczają jednak do wyraźnego odróżnienia osobnika homo od hetero.

Problem homoseksualizmu był dla Freuda tak ważny, że parokrotnie opo wiedział się za maksymalną tolerancją. Mimo iż był bardzo daleki od pole micznej wojowniczości, zgodził się udzielić w 1903 roku wywiadu wiedeń skiej gazecie Die Zeit, by namiętnie bronić mężczyzny sądzonego za prakty kowanie homoseksualizmu. W roku 1930 podpisał petycję o rewizję kodeksu karnego i zniesienie przestępstwa homoseksualizmu w sytuacjach, w których chodzi o dwie zgodne i dorosłe osoby. Przeciwstawił się E. Jonesowi, który odmówił homoseksualiście zezwolenia na wykonywanie zawodu psychoana lityka. Sachs, Abraham i Eitington stanęli wówczas po stronie Jonesa. Freud jednak nie zmienił zdania i nadal odmawiał analizowania homoseksualistów, których uważał za normalnych ludzi, o ile nie cierpią na nerwicę, Poruszający jest list z pocieszeniem dla pewnej amerykańskiej matki, która prosiła o radę w sprawie swego syna:

„Z pani listu wywnioskowałem, że pani syn jest homoseksualistą. Uderzyło mnie to, że w informacjach, które przekazuje mi pani na jego temat, nie używa pani tego terminu. Czy mogę zapytać, dlaczego pani go unika?

Homoseksualizm nie jest oczywiście ułatwieniem, ale nie ma w nim nic, czego trzeba by się wstydzić; nie jest to ani zboczenie, ani żadna hańba, i nie można tego uważać za chorobę. Uważamy homoseksualizm za odmianę funkcji płciowych, wywołaną przez jakieś zatrzymanie rozwoju płciowego" (list do pani NN., 9.4.1935).

Po drugiej wojnie światowej istotne argumenty na rzecz tezy o ludzkim biseksualizmie przyniósł raport Kinseya: SexualBehavior In the Human Male, Opublikowany w 1948 roku ujawnił płynność kategorii pożądania płciowego. Kinsey i jego współpracownicy udowodnili, że tendencje homo- i heteroseksualne występują u większości ludzi i że ich wzajemne proporcje zmieniają się w skali od wyłącznego heteroseksualizmu (stopień 0) do wyłącznego homoseksualizmu (stopień 6). Wszystkie stopnie pośrednie odpowiadają mniej lub bardziej silnym skłonnościom homo- lub heteroseksualnym. Ankie ta Kinseya przeprowadzona wśród 16 tysięcy białych Amerykanów wykazała, że jedynie 4% tej populacji męskiej stanowią homoseksualiści, ale aż 37% mężczyzn (i 16% kobiet) przyznało się do co najmniej jednego doświadczenia homoseksualnego prowadzącego do orgazmu. Nowy raport Kinseya, oparty na badaniach przeprowadzonych w latach 1969-1970 wśród homoseksualis tów z regionu San Francisco, potwierdził wyniki z 1948 roku, podkreślając jeszcze zróżnicowanie homoseksualizmów (A, P. Bell, M. S, Weinberg,Homosexualiłies, 1978). Nowsza ankieta, przeprowadzona przez Shere Hite na 7000 Amerykanów (1983), potwierdza te wyniki. Zważywszy znaczenie, jakie większość mężczyzn przykłada do zachowania dystansu fizycznego względem innych mężczyzn, zaskakujące może się wydać stwierdzenie, jak wielu chłopców, przyszłych „heteroseksualistów", miało stosunki seksualne z innymi chłopcami. 43% odpowiadających mężczyzn miała jakiegoś rodzaju stosunki płciowe z innymi chłopcami. Nie ma zbieżności pomiędzy faktem posiadania doświadczenia seksualnego z innym chłopcem i faktem uważania się w późniejszym okresie życia za „homoseksualistę" lub „heteroseksualistę". Wielu „homoseksualistów" w młodości nigdy nie miało stosunków z in nymi chłopcami, a wielu „heteroseksualistów" miało je.

Czy należy wobec tego wnioskować, tak jak to czynią niektórzy (por. L. G. Nungesser, Homosexual Actś),że każdy jest zarazem homoseksualistą i hete roseksualistą; że nie na miejscu jest mówienie o homoseksualistach jako o mniejszości, i że nie ma powodu, by uważać ludzi za heteroseksualistów, a nie homoseksualistów?

Rzecznicy odrębnej tożsamości

Robert Stoller i Richard Friedman przeczą idei uniwersalnego homoseksu alizmu. Zdaniem Stollera (The Transexual Experimeni), nie jest on chorobą. Homoseksualizm jest skłonnością płciową, a nie zbiorem jednakowych sym ptomów. Dotyczy on jednak tylko homoseksualistów, którzy są inni i dlatego tworzą mniejszość. Stoller uważa, że nie są oni wcale bardziej „chorzy" niż inne mniejszości (Żydzi, Murzyni i in.), ale niewłaściwe jest mylenie ich z heteroseksualistami (por. H. Abelove, Freud, Male Homosexuality and the Americanś).

Jest to także pogląd R. Friedmana (Male Homosexuality), który próbował wykazać, że „większość heteroseksualistów nie ma podświadomych skłon ności homoseksualnych i odwrotnie, większość mężczyzn będących wyłącz nie homoseksualistami nie ma podświadomych predyspozycji heteroseksual nych... Istnieją jedynie biseksualiści, mężczyźni, którzy muszą tłumić albo fantazje homoseksualne, albo heteroseksualne".

Skąd się bierze homoseksualizm, właściwy tylko niektórym? Brano pod uwagę trzy hipotezy - anomalie hormonalne, genetyczne lub czynniki psychiczne -wszystkie one jednak mają swoje ograniczenia.

Przez pięćdziesiąt lat bezskutecznie próbowano wykazać związek homoseksualizmu z ilością testosteronu. Homoseksualistom wstrzykiwano hormony płciowe w nadziei, że uda się pobudzić ich pożądanie do kobiet. Osiągnięto jednak wynik przeciwny -zwiększenie pobudliwości wobec mężczyzn. Obecnie większość naukowców przychyla się do tezy głoszącej, że na orientację płciową hormony wpływają jeszcze przed urodzeniem, w trak cie życia i rozwoju embrionalnego. Na podstawie doświadczeń przeprowa dzonych na szczurach Dorner wnioskuje, że niedostateczna androgenizacja prenatalna centralnego układu nerwowego prowadzi do homoseksualizmu męskiego. Nadmiar androgenów na tym samym etapie rozwoju płodu leży u podstaw homoseksualizmu żeńskiego (G. Dorner, Hormones and Brain Differenciation; por. też wyniki badań Simona Levaya, opublikowane w Le Point 21.,9.1991).

Z podziwu godną regularnością pojawiają się próby wyjaśnienia przyczyn homoseksualizmu czynnikami genetycznymi. Co jakiś czas w tym czy innym kraju jakiś uczony oświadcza po przebadaniu paru homoseksualistów, że znalazł u niektórych jakąś anomalię genetyczną. Następnie okazuje się, że badania były niewłaściwie wykonane i że nic z nich nie wynika.

Znacznie bardziej interesujące są badania przeprowadzone na bliźniętach. W roku 1953 Kallman stwierdził, że w przypadku bliźniaków jednojajowych, jeżeli jeden jest homoseksualistą, jest nim również drugi (F. J. Kallmann, Heredity in Health and Mentol Disorder). Od tamtej pory okazało się, że i te wyniki nie są jednoznaczne.

Należy jednak wyraźnie odróżnić akty homoseksualne od orientacji homoseksualnej, która objawia się bardziej przez fantazje seksualne (w czasie masturbacji) niż rzeczywiste stosunki zachowania seksualne. Ale także i tutaj konieczna jest ostrożność, ponieważ młodzieniec może mieć fantazje homo seksualne i w końcu zostać heteroseksualistą.

Homoseksualizm - z wyboru czy wrodzony, akcydentalny czy jako styl życia -jest wieloraki. Wszelkie propo­zycje mające na celu zunifikowanie tego zjawiska kończą się fiaskiem. Popęd jest niewątpliwie uniwersalny, ale preferencja seksualna - nie.

Ujawnienie się tej mniejszości miało istotny wpływ na całe społe czeństwo. Nie jest zaskakujące, że w Stanach Zjednoczonych, kraju, w którym ludzie sami definiują swą przynależność do rasy czy religii, homoseksualiści traktują siebie jako mniejszość etniczną i podobnie jak inne mniejszości domagają się uznania. Ale przez to ponownie wywołali dyskusję na temat tożsamości homoseksualnej, w rezultacie powodując reakcję wykluczenia, którego tak bardzo chcieli uniknąć.

W rezultacie więc przyznanie homoseksualistom statusu mniejszości miało swe plusy i minusy. Do tych pierwszych należy stopniowy rozwój poczucia wiary w siebie i sa moakceptacji. Natomiast akcentowanie idei mniejszości utrudniło widzenie jawnego czy stłumionego homoseksualizmu jako aspektu płciowości każdego człowieka. Poza tym, im bardziej homoseksualiści stali się „widoczni" i im głośniej domagają się swoich praw, tym częściej pojawiają się nowe formy wrogości w stosunku do nich. Przeczy to liberalnej argumentacji, zgodnie z którą im bardziej dajemy się poznać, tym bardziej jesteśmy akceptowani. W rzeczywistości, choć część homoseksualistów zmieniła w istotny sposób swój status społeczny w ciągu dziesięciolecia (wielu nadal żyje w ukryciu), społeczeństwo heteroseksualne nie ewoluowało w równym stopniu w podob nym kierunku i zachowało wiele uprzedzeń i wyobrażeń negatywnych.

Gay's Studies zajęły się udowadnianiem, że homoseksualiści są takimi ludźmi jak inni. Nawet jeśli homoseksualizm jest odrzuceniem tradycyjnych ról płciowych, to życie płcio we nie określa jeszcze rodzaju człowieka. Gdy rozważa się zjawisko homo seksualizmu, trzeba pilnie uważać, by nie łączyć „tożsamości" z „orientacją" płciową.

W rezultacie ruch homoseksualistów i towarzysząca mu ideologia przeszły ewolucję podobną do tej, jaką mają za sobą inne mniejszości, dające o sobie znać od końca lat sześćdziesiątych. Po okresie walki o prawo do inności, który stanowi konieczny etap na drodze do uznania przez większość, zrozumiano niebezpieczeństwo związane z kontynuowaniem tej drogi, tak często prowadzącej do oznakowania i tworzenia getta. Homoseksualiści nic domagają się już prawa do bycia innymi, lecz prawa do bycia takimi samymi. Chcą, by wreszcie patrzono na nich jak na ludzi i obywateli ani nie upośledzonych, ani też nie mających specjalnych przywilejów. Dramatem mniejszości homoseksualnej jest to, że jej los zależy od spojrzenia na nią większości heteroseksualnej.

Homofobia a męskość patriarchalna

Większość społeczeństw patriarchalnych utożsamia męskość z heteroseksualizmem. Definiując płeć przez zachowanie płciowe, a męskość w opozycji do kobiecości sprawiamy, że homofobia, na wzór mizoginii, odgrywa decy dującą rolę w poczuciu męskiej tożsamości. Niektórzy nie wahają się nawet mówić, że chodzi tutaj o „dwie zasadnicze siły socjalizacyjne w życiu chłop ca" (Cooper Thompson, A New Yision of Masculinity), Stanowią one dwie strony tego samego medalu. Homofobia jest nienawiścią do cech kobiecych u mężczyzn, a mizoginia - nienawiścią do cech kobiecych u kobiet.

„Być mężczyzną znaczy nie być homoseksualistą "

Wspominaliśmy już o definiowaniu męskiej tożsamości „przez opozycję" do płci przeciwnej. Nikt nie wątpi w to, że tradycyjna męskość heteroseksualna niesie za sobą cechy pozytywne, takie jak: status, sukces, wytrwałość, niezależność, panowanie społeczne mężczyzn dorosłych nad innymi męż czyznami i ich stosunki płciowe kobietami. Męska tożsamość jest jednak szerzej zróżnicowana niż kobieca. Tradycyjnie męskość definiowana jest częściej przez „unikanie czegoś" niż przez „dążenie do czegoś" (S, Morin, L. Nungesser,Can Homophobia be Cured). „Być mężczyzną to znaczy nie być kobiecym, uległym, zależnym, poddanym, nie być homoseksualistą; nie być zniewieściałym w wyglądzie zewnętrznym i zachowaniu; nie mieć zbyt bliskich stosunków z innymi mężczyznami; nie być impotentem. Negacje są tak typowe dla męskości, że pewien pisarz amerykański odniósł znaczny sukces publikując książkę pod ironicznym tytułem: Real Men don 't Eat Quiche!" (Bruce Feirstein, 1982).

Homofobia - termin stworzony w 1972 r. przez George'a Weinberga na określenie „lęku przed zetknięciem ze światem homoseksualistów" -jest integralną częścią składową męskości heteroseksualnej do tego stopnia, że zasadniczą rolę psychologiczną odgrywa w niej okazywanie, że jest się heteroseksualistą, a nie homoseksualistą. Korzenie homofobii ukazał świetnie Emmanuel Reynaud: „W potocznym języku homoseksualista nie oznacza mężczyzny, który ma związek seksualny z mężczyzną, lecz raczej kogoś, kto jest pasywny, jest ciotą, pedałem”. Kimś, kto jest właściwie kobietą. O ile w swej formie aktywnej homoseksualizm może być traktowany przez męż czyznę jako sposób potwierdzenia własnej siły, o tyle homoseksualizm bierny jest dla niego symbolem upadku.

Homoseksualizm wzbudza u niektórych mężczyzn (szczególnie u młodych chłopców) strach nie spotykany u kobiet. Objawia się on unikaniem tego rodzaju ludzi, agresją wobec nich lub nieukrywanym obrzydzeniem. Wymow ne są w tej materii badania typowych zachowań. Stwierdzono, że gdy ekspe rymentator miał znaczek „gay and proud" i przedstawiał się jako członek gejowskiego zrzeszenia psychologów, uczestnicy treningu stawiali krzesło znacznie dalej niż wówczas, gdy prowadzący nie ujawnił żadnej cechy homoseksualnej. Mężczyźni reagują zdecydowanie bardziej negatywnie, odstawia jąc w takich sytuacjach krzesło trzy razy dalej od eksperymentatora-homoseksualisty niż kobiety ankietowane przez kobietę ze znaczkiem „lesbijka" (por. S. F. Morin, E. M. Garfinkle, Male Homophobia).

Homofobię przejawia tylko pewna mniejszość społeczna. Postawa ta jest związana z innymi fobiami, np. z lękiem przed zrównaniem płci. Przejawiają ją osoby konserwatywne, sztywne w poglądach, opowiadając się za utrzyma niem tradycyjnych ról obu płci. Ankiety przeprowadzane nawet wśród mło dych, wykształconych i liberalnych Amerykanów wykazały ich nieufność wobec homoseksualistów: 77% badanych w 1977 roku mężczyzn i kobiet heteroseksualnych stwierdzało, że „mężczyźni homoseksualni nie są w pełni mężczyznami" (C. Tavris, Men and Women Raport their Views on Masculi nity). Ta homofobia wynika z ukrytego strachu przed własnymi skłonnościa mi homoseksualnymi. Zniewieściały mężczyzna wzbudza u wielu mężczyzn ogromny lęk; wywołuje to u nich uświadomienie sobie ich własnych cech kobiecych, takich jak pasywność i wrażliwość, które uważają za oznaki słabości. Kobiety oczywiście nie obawiają się kobiecości. Jest to jeden z powo dów, dla których mężczyźni częściej niż kobiety przejawiają homofobię.

Homofobia w rzeczywistości osłania to, co stara się ukryć. A przecież często jest wręcz afiszowana. W styczniu 1981 roku tygodnik Elle opublikował wyniki sondażu, który prezentował nietole rancję rodziców wobec idei posiadania homoseksualnych dzieci; 61% pytanych odrzucało możliwość wyboru homoseksualisty na prezydenta republiki; 64% zaś nie przyjmowało możliwości, by homoseksualista mógł być wycho wawcą młodzieży; zaledwie 24% respondentów uznawało homoseksualizm za pełnoprawny sposób życia, wynikający z odmiennego typu seksualności, a aż 42% - za chorobę, zaś 22% - za zboczenie, wymagające zwalczania.

Plusy i minusy homofobii

Homofobia wzmacnia u wielu mężczyzn ich -w istocie kruchy -heteroseksualizm. Jest więc psychicznym mechanizmem obronnym, strategią mającą na celu uniknięcie uznania nie akceptowalnej części samego siebie. Agresja przeciw homoseksualistom jest rodzajem uzewnętrznienia własnego konfliktu agresora, sposobem na jego zniesienie. Gregory Herek uważa, że homofobia spełnia także pewną funkcję społeczną, Heteroseksualista wyraża swoje uprzedzenia w stosunku do gejów po to, by zyskać aprobatę innych i w ten sposób podbudować własną pewność siebie. I wreszcie, homofobia ma też aspekt bardziej ogólny. Tak jak«a przykład konserwatywna ideologia religijna -wskazuje ona ludziom dokładnie określone zachowania.

Homofobia nie ma jednak bynajmniej samych aspektów „pozytywnych". Poza tym, że powoduje agresję wobec homoseksualistów, drogo kosztuje również heteroseksualnych samców. Nie tylko czyni z nich „męczenników męskości", jak to wyraził Joseph Pleck, ale jest także główną przeszkodą dla męskiej przyjaźni. Wymowna jest w tym względzie informacja zawarta w ra porcie Shere Hite (1981). W punkcie; „Opisz mężczyznę, z którym jesteś najbardziej związany", wielu mężczyzn napisało, że nie mają obecnie „najlepszego kolegi". Od czasów Freuda wiemy, że męska przyjaźń jest sublimacją pożądania homoseksualnego i że, z drugiej strony, mężczyźni są bardzo powściągliwi w okazywaniu przywiązania. Z tego powodu wielu z nich unika wzajemnej intymności. W badaniach dotyczących przyjaźni socjolog Robert Bell (Worlds ofFriendship) notuje w tej dziedzinie radykalną różnicę pomię dzy płciami, Kobiety kultywują intymność między sobą, a mężczyźni częściej spotykają się w grupie niż we dwóch. Postępując tak odsuwają od siebie pokusy homoseksualne, podświadomie utrudniają bliższy kontakt wzajemny i utwierdzają własne poczucie męskości. Bella uderzyła szczególnie ilość mężczyzn twierdzących, że ich najlepszym przyjacielem jest żona. Homofobia „ogranicza wybór przyjaźni, pozbawia mężczyzn wzbogacających doświad czeń i znajomości, które zdobywamy tylko zbliżając się do drugiej osoby".

Guy Corneau (Pere manąuant) mądrze zwraca uwagę na to, że homofobia, której podstawowym zadaniem jest wzmocnienie heteroseksualizmu, może być w istocie jedną z przyczyn homoseksualizmu. Obawa przed homoseksualizmem „zatruwa wszelką możliwość męskiego erotyzmu i wielu ojcom utrudnia nawet dotykanie syna". Gdy ojcowie pozostawiają bezpośredni dostęp do ciała dziecka wyłącznie matce, „synowie nie mogą rozwijać się pozytywnie przez związek z ciałem ojca, lecz raczej negatywnie - przeciw ciału matki".

Nie przerwiemy tego błędnego koła - przekazywania homofobii z ojca na syna - dotknięciem jakiejś czarodziejskiej różdżki. Żadna racjonalna decyzja ideologiczna nie wystarczy, by uwolnić się od lęków. Jednak już w ciągu jednej generacji feminizm rozbił dotychczasowy model mężczyzny i poważ nie zakwestionował tradycyjną rolę ojca. Gdzieniegdzie rodzą się nowe za chowania rodzicielskie, które powinny położyć kres męskim lękom.

 

fragmenty książki: Elisabeth Badinter "Tożsamość mężczyzny".


Strona główna|Moje konto|Fakty|Sztuka|Filmy|Zdjęcia|Blog|Użytkownicy|Forum|KLUB|Kontakt Reklama © streemo 2014 top^